Idee w praktyce

Współczesne wciąż tymczasowe

Ostateczny projekt muzeum, przekrój budynku © Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

W 2007 roku Christian Kerez, słabo w Polsce znany szwajcarski architekt, wygrał międzynarodowy konkurs na gmach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. W życiu publicznym zawrzało. Zamiast wymarzonego klejnotu dla centrum stolicy wybrano białe pudełko. Ruszyły protesty, spory, zmiany planów i narastające problemy. Jednym słowem: skandal. Jego apogeum przypadło na koniec kwietnia 2012 roku: miasto Warszawa zerwało umowę z architektem. Sprawa została skierowana do sądu.
Historia muzeum w sercu Warszawy zaczyna obrastać mitem, w którym światli obywatele na prestiżowej stołecznej agorze usiłują wznieść świątynię współczesnej kultury, jednak szalejące tu wichry historii unicestwiają każdą próbę. Może właśnie romantyczne spojrzenie na niemoc towarzyszącą inwestycji choć trochę osłodzi porażkę. Tyle że właśnie przykład Warszawy pokazuje, iż na historii można budować. Stadion Dziesięciolecia też był symbolem i wydawało się, że nikt i nic nie przerwie jego kariery największego targowiska Europy. A jednak rozprawiło się z nim Euro. Stadiony jednak to na drabinie priorytetów władz zupełnie inna liga.
Dla przypomnienia. Muzeum sztuki współczesnej w Warszawie miało być największym i najważniejszym wydarzeniem budowlanym polskiej kultury po roku 1989. Słowo „symbol” pojawiało się w dyskursie publicznym niezliczoną ilość razy: symbol transformacji, symbol nowoczesnego myślenia o kulturze, symbol nowoczesnej stolicy... Wybrano symboliczną działkę pod budowę – tuż przy Pałacu Kultury i Nauki, na placu Defilad, gdzie w okresie PRL-u odbywały się wielkie parady i marsze. Oczekiwano też oczywiście symbolicznej architektury, która będzie zachwycać, zadziwiać i przyciągać. W projekcie skumulowały się wszystkie pragnienia, przez dziesięciolecia niespełnione nadzieje, że to jedno muzeum będzie w stanie uczynić z Warszawy metropolię na miarę XXI wieku. Metropolię, która dzięki wyjątkowej architekturze stanie się celem turystycznych pielgrzymek.
Urzędnicy, publicyści, muzealnicy szafowali przy tym słowem wytrychem: Bilbao. Sukces stolicy kraju Basków starają się powtórzyć dziesiątki (jeśli nie setki) miast na całym świecie, jednak wyobraźnia inwestorów zazwyczaj ogranicza się do bajkowego gmachu wzniesionego przez znanego architekta, który sam w sobie miałby przełożyć się na sukces wizerunkowy i frekwencyjny. Akurat Warszawie daleko do takiego kompleksowego myślenia i współdziałania wszystkich poziomów władz publicznych i podmiotów prywatnych, jakie miały miejsce w Bilbao. Otrzeźwieniem dla wielu był werdykt jury konkursu architektonicznego, które pierwszą nagrodę przyznało minimalistycznemu, stonowanemu projektowi Szwajcara. Wybrano projekt, który nie starał się wizualnie zburzyć Pałacu Kultury, lecz stworzyć dla niego postulowany w regulaminie konkursu kontrapunkt.

Wizualizacja budynku muzeum, widok od strony parku © Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Mimo protestów wielu środowisk, mimo rezygnacji ze stanowiska dyrektora, mimo samorozwiązania rady programowej projekt został przyjęty do realizacji. Najpierw jednak architekt musiał wprowadzić w nim zmiany postulowane przez jury i inwestora, czyli ograniczyć powierzchnię komercyjną na parterze budynku na rzecz przestrzeni galeryjnej. Następnie, we wrześniu 2008 roku, prace projektowe zostały na pół roku wstrzymane, ponieważ w Urzędzie Miasta pojawiła się koncepcja zlokalizowania pod jednym dachem muzeum i teatru. Tym sposobem data otwarcia gmachu zaczęła się oddalać. Najbardziej optymistyczna prognoza przewidywała, że ceremonia otwarcia przypadnie na rok 2009. Gdy impas został przełamany i osiągnięto konsensus odnośnie do liczby kondygnacji (część gmachu miała być dwu-, a część trzypoziomowa), architekt zaproponował w 2010 roku zupełnie nowy, muzealno-teatralny projekt, jedynie utrzymany w konkursowej stylistyce, który zdawał się zadowalać wszystkich. Wtedy jednak kazano mu zmierzyć się z problemami, którym nie był już w stanie sprostać.
Okazało się bowiem, że miasto nie jest właścicielem całej działki, na której ma zostać wzniesione muzeum. Kerez oświadcza, że nie może dostarczyć całej dokumentacji projektowej bez dokumentów aktu własności, miasto natomiast stoi na stanowisku, że do złożenia gotowego projektu architekt ich nie potrzebuje. Tego trwającego półtora roku impasu już nie udało się przełamać. Miasto wypowiedziało architektowi umowę, domagając się spłaty milionowych kar .1 Architekt twierdzi, że jeszcze w 2010 roku złożył pełną dokumentację potrzebną do uzyskania zezwolenia na budowę i że to miasto go oszukało .2 Zapowiedział skierowanie sprawy do sądu. Prasa, nie tylko warszawska, po raz kolejny zawrzała.
Stanowisko miasta przeciwko stanowisku architekta. Sprawa w sądzie toczyć się zapewne będzie przez długie lata. Kerez muzeum nie wybuduje. Projekt pójdzie do kosza. Można by długo dywagować dlaczego, choć sprawa wydaje się w miarę oczywista. Skoro projekt miał niedociągnięcia, a architekt zgłaszał problemy, to inwestor powinien interweniować, oferując mediację i wsparcie. Wniosek: miastu na tym projekcie po prostu nie zależy. Michał Borowski, były naczelny architekt Warszawy, stwierdził na łamach „Życia Warszawy”: „Urzędnicy mogą być nieudolni, a architekt może być niechlujny. Ale i tak o powodzeniu przedsięwzięcia decyduje tylko wola polityczna. Nie oszukujmy się, jeśli prezydent Warszawy chce coś zrobić, to zrobi, a jeśli nie – kończy się właśnie tak jak z projektem Kereza”3 . Postępowanie władz stolicy przypomina strategię „na przeczekanie”. Obarczanie Kereza winą to taktyczny zabieg na „dyplomatyczne” wycofanie się z niechcianej inwestycji. Jak mówi Piotr Piotrowski: „Sam byłem przeciw temu projektowi jako członek Rady Doradców oraz obserwator kultury. Ale powstał wokół projektu konsensus społeczny i – jak się wydawało – polityczny. Władze miasta zdecydowały się go realizować. Ich wycofanie się określiłbym jako żenujące. […] Wielu z nas, w tym także ja, protestowaliśmy przeciwko tej decyzji. Jak – niestety – należało się spodziewać, społeczne protesty, tym razem mówiące jednym głosem, nie odniosły żadnego skutku. […] Warszawa ma pecha do władzy lokalnej, która w sposób konsekwentny ignoruje kulturę i nie widzi w niej żadnej wartości”. W magistracie co prawda padają deklaracje rozpisania nowego konkursu, coś jednak trzeba wszystkim pytającym „co dalej?” odpowiedzieć.
Wydaje mi się, że źródłem niechęci był od samego początku przede wszystkim kształt budynku. Nie lokalizacja (choć newralgiczna), nie sam Kerez (choć nieotoczony nimbem sławy), ale właśnie architektura, która zamiast zachwycać i czarować jakimś fikuśnym kształtem, grzecznie wpisałaby się w otaczającą zabudowę, nie burząc jednocześnie największej (dosłownie i w przenośni) zagwozdki, jaką cały czas jest Pałac Kultury. Warto w tym miejscu wyjaśnić, dlaczego zwycięski projekt ma taki, nie inny (jak na przykład wyróżniony, przez wielu wskazywany jako zwycięzca ALA Architects Ltd / Grupa 5 Architekci / Jarosław Kozakiewicz) kształt: ponieważ takie ograniczenia wprowadził regulamin konkursu. Wyraz architektoniczny gmachu jest wypadkową kształtu działki, na której miał stanąć. Ograniczona została wysokość. Określona kubatura. Z tych danych wyszło wysmakowane pudełko, które architekt ożywił wspaniałym dachem, urzekającym jednak nie z zewnątrz, a z perspektywy sali wystawowej. Również zapisany w regulaminie „kontrapunkt” dla rzeźbiarskiego Pałacu nie pozwalał na projektowe szaleństwo.
W tym momencie najważniejsze jest to, że muzeum istnieje i działa. Realizuje ambitny program osadzony na historii sztuki Europy Wschodniej. Współpracuje z prestiżowymi instytucjami sztuki współczesnej za granicą. Jest rozpoznawalne i cenione. Ograniczenia skromnej siedziby tymczasowej przekuło w atut. Jednak w dłuższej perspektywie dla powiększającej się kolekcji, by rozwinąć skalę programu i dotrzeć do osiemsettysięcznej publiczności (takie są docelowe prognozy), potrzeba stworzyć odpowiedni gmach „na wymiar”. Na najbliższe lata ma nim być pawilon meblowy „Emilia”, na którego tyłach muzeum działa obecnie. Trudno jednak wyzbyć się obaw, że kolejna siedziba tymczasowa przerodzi się w docelową, jak to się stało chociażby z blaszakami i parkingiem na placu Defilad. Gdy na początku lat osiemdziesiątych XX wieku stawiano w Los Angeles muzeum sztuki współczesnej (MoCA LA), w oczekiwaniu na nowy gmach otwarta została jego tymczasowa siedziba o nazwie Temporary Contemporary (Tymczasowe Współczesne). Powstała ona w budynkach magazynowych, które na cele wystawiennicze adaptował sam Frank Gehry. Budynek i realizowany w nim program zyskały taką popularność, że po otwarciu nowego gmachu władze muzeum zdecydowały o jego utrzymaniu i przekształceniu w oddział. Warszawie można życzyć tego samego. Chociaż słowo „tymczasowy” już teraz bardziej odnosi się do programu muzeum (bez stałej wystawy kolekcji) niż do budynku.

Sala wystawowa © Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Mimo wszystko wierzę, że gmach muzeum w końcu powstanie. W końcu też rozwiązana zostanie kwestia własności działek otaczających Pałac Kultury, dzięki czemu plac Defilad przestanie być czarną dziurą i przekształci się w prawdziwą agorę. Rozpisany zostanie nowy konkurs architektoniczny, w którym zwycięży gmach będący odpryskiem Muzeum Guggenheima z Bilbao lub innych szaleństw starchitektów, zapewne – jak prorokuje Piotrowski – zaprojektowany przez lokalnego architekta, gdyż „pierwszoligowi światowi architekci do trzeciego konkursu nie przystąpią”. Albo by zyskać na czasie w obliczu przedłużających się sporów o własność działek, wybrana zostanie nowa lokalizacja – na uboczu, w modnym dzisiaj industrialnym kostiumie, by nowoczesnością i sztuką zbytnio w centrum nie epatować.
Lokalizacja wydaje się mniej ważna od palącej potrzeby budowy samego gmachu, chociaż muzeum sztuki współczesnej w ścisłym centrum miasta to by dopiero było coś. Niewiele europejskich stolic może się takimi poszczycić. Sama dyrektor MSN Joanna Mytkowska podkreślała: „Publiczne muzeum sztuki nowoczesnej w takim miejscu to przede wszystkim znak, że kultura współczesna ma znaczenie. To by bardzo pomogło w budowaniu nowoczesnego społeczeństwa, którego nie da się tworzyć wyłącznie na fantazjach narodowych i kulcie historii” 4. Jak tu jednak wziąć rozbrat z historią, skoro wybrano tak „historyczne” miejsce. A pocieszeniem wcale nie jest fakt, że gmach Muzeum Historii Polski też jakoś powstać nie może.

O komentarz w sprawie MSN poprosiliśmy prof. Piotra Piotrowskiego i Jarosława Suchana

Piotr Piotrowski*: Polska sztuka zyskała niezwykłe uznanie na świecie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i do tej pory jest postrzegana jako znakomita. Polscy artyści są dzisiaj cenieni w świecie jak nigdy dotąd. W zasadzie nie ma precedensu w historii sztuki polskiej, aby polska sztuka zaistniała tak wyraźnie na arenie międzynarodowej. Polsce konstruktywiści (w zasadzie tylko Kobro i Strzemiński) byli wyjątkiem; teraz mamy coś więcej – zjawisko, a nawet tendencję, którą Paweł Leszkowicz nazwał „młodą sztuką z Polski”, jakkolwiek część tych artystów i artystek młodymi już nie są… Niemniej jednak (a może właśnie dlatego) są cenieni na świecie. Tymczasem ktoś, kto przyjeżdża do Warszawy, nie znajdzie muzeum sztuki nowoczesnej / współczesnej z prawdziwego zdarzenia, podobnego choćby do tych w innych stolicach Europy postkomunistycznej (w Pradze, Lublanie, Zagrzebiu…); znajdzie jedynie tymczasową siedzibę w dawnym salonie sprzedaży mebli. To kompromitacja i strata dla nas wszystkich.
Muzea pełnią rolę nie tylko reprezentacyjną, nie tylko pokazują to, co było i co jest, ale też dynamizują kulturę artystyczną . Brak tego Muzeum pozbawia nas wszystkich (w Warszawie, w Polsce, ale też – last but not least – na świecie) ważnego aktora kształtującego scenę artystyczną. Co więcej: motorem kultury jest spór. Można więc (a nawet powinno) spierać się o program muzeum i o sztukę w nim pokazywaną. Jednak brak muzeum uniemożliwia ten spór. O co się mamy spierać, skoro nie mamy w czym ? Ponadto muzeum jest miejscem debaty nie tylko o twórczości artystycznej, ale – przede wszystkim – o świecie. Muzeum, zwłaszcza muzeum sztuki nowoczesnej/ współczesnej, to forum, na którym krzyżują się różne opinie; to miejsce kultury krytycznej, refleksji, edukacji nakierowanej na rozumienie złożonej rzeczywistości. Muzeum jest miejscem kształtowania się demokratycznego myślenia. Wspomniany przykład Muzeum Sztuki Współczesnej w Lublanie (MSUM), jednej z najciekawszych placówek muzealnych w postkomunistycznej Europie, pokazuje, że taki projekt może odnieść znaczny i znaczący sukces nie tylko w lokalnym kontekście, ale i międzynarodowym. Nie mając muzeum, jesteśmy takiej szansy pozbawiani.
Idąc jeszcze głębiej w tych rozważaniach, warto zauważyć, że choć nie mamy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, to mamy Stadion Narodowy, który kosztował więcej niż przewiduje budżet MSN. Nie mam nic przeciwko budowie stadionu. Stadion wybudowano również we Wrocławiu, ale muzeum też tam wkrótce powstanie. Z drugiej strony – wymuszona sytuacją budowa tego stadionu – ma znaczenie symboliczne. Powstał on na terenie jednego z najbardziej kosmopolitycznych miejsc w Warszawie. Kosmopolityczny Stadion Dziesięciolecia został zamieniony na Stadion Narodowy. Muzeum Sztuki Nowoczesnej natomiast, kosmopolityczne z założenia, nie powstało i nie widać woli politycznej, aby powstało. Czyżby władze Stołecznego Miasta Warszawy nacjonalizowały miasto? Oto paradoks: najbardziej kosmopolityczne miasto w Polsce ulega nacjonalizacji, a wybudowany Stadion Narodowy oraz zaniechanie budowy muzeum międzynarodowego są tego przejawem. Być może jest to celowa strategia władz miasta.

Wizualizacja muzeum, widok nocą © Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Jarosław Suchan**: Muszę przyznać, że sytuacja Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie jest dla mnie coraz mniej przejrzysta. Do niedawna byłem przekonany, że zwlekanie z rozpoczęciem budowy gmachu Muzeum wiąże się z zaangażowaniem władz miasta w inwestycje realizowane w ramach przygotowań do Euro 2012, i zakładałem, że sprawa ruszy po zakończeniu mistrzostw. Po ostatnich decyzjach straciłem orientację. Mam świadomość, że budowa muzeum w takim miejscu to organizacyjnie niezwykle trudne przedsięwzięcie. Mogę zrozumieć, że architekt nie był łatwym partnerem, że mógł się gubić w gąszczu polskiej, nieprawdopodobnie rozbudowanej i często absurdalnej biurokracji. Sprawa jednak ciągnie się od lat; czasu, aby porozumieć się z architektem i rozwiązać administracyjne łamigłówki, było aż nadto. Wygląda jednak na to, że zabrakło politycznej woli i przekonania, że jest to naprawdę ważny projekt. Gdy porównamy determinację, z jaką władza pokonywała biurokratyczne przeszkody – posuwając się wręcz do zmiany prawa – po to tylko, by zdążyć z autostradami i stadionami na otwarcie Euro 2012, z bezradnością oraz inercją towarzyszącym budowie MSN, kontrast jest uderzający i przygnębiający. To pokazuje miejsce, jakie kultura zajmuje w państwowej polityce. Mimo licznych pięknie brzmiących deklaracji i hojnego finansowania fajerwerkowych imprez w rodzaju koncertu inaugurującego polską prezydencję w UE, na horyzoncie „poważnej” polityki kultura nie istnieje. Nie jest czymś, o co warto z determinacją walczyć– wystarczy pojawienie się pierwszych trudności i decydenci tracą ochotę, by się nią zajmować.

* Historyk sztuki specjalizujący się w sztuce XX wieku Europy Środkowo-Wschodniej, profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, były dyrektor Instytutu Historii Sztuki UAM (1999–2008) oraz Muzeum Narodowego w Warszawie (2009–2010), wykładowca na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie (2011/2012).

** Historyk sztuki specjalizujący się w sztuce nowoczesnej i współczesnej, krytyk sztuki, kurator, dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi.