Idee w praktyce

Szkice techniczne z demokracji bezpośredniej

Ilustracje: Paulina Paździera

Warto przyjrzeć się furorze, jaką w ciągu kilku lat w dużych miastach, wśród młodych ludzi zrobiło hasło „modernizm”. Modernizm, który – dodajmy – jest dziś w Polsce architekturą. Ta błyskotliwa kariera pokazuje znacznie więcej niż, jak chcieliby sceptycy, wyłącznie dynamikę kawiarnianej mody, w której musiał ustąpić pola nawet design – o ileż poręczniejszy przedmiot adoracji.

Włączenie modernistycznej architektury w orbitę tematów ważnych i dyskutowanych z nowymi emocjami znaczy bez wątpienia kolejne stadium w procesie absorbowania kłopotliwego ideologicznie i estetycznie dziedzictwa. Jednocześnie jednak, a może przede wszystkim, kontrowersje wokół tematu sprawiają, że stał się on głównym terenem negocjowania nowej obywatelskości w Polsce, w której narzędziem ubezwłasnowolniania do 1989 roku była władza, a mniej więcej do przełomu wieków równie efektywnie rolę tę odgrywał grasujący kapitał. Pozostałości obu hegemonii wciąż odkształcają współczesne definicje demokracji, co ilustruje narastający urbanistyczny chaos jako efekt deweloperskiego eldorado. Jeżeli jednak zestawimy poziom, skalę i efekty publicznej debaty obecnie i dekadę temu, zmiana staje się widoczna także gołym okiem defetysty.
Nie sposób naszkicować dziś mapy wszystkich fundacji, stowarzyszeń, nieformalnych grup aktywistów i pojedynczych pasjonatów, którzy wyznaczyli sobie za cel właśnie mapowanie architektury socmodernizmu. Temat, jako w oczywisty sposób politycznie trudny1, stał się domeną sektora pozarządowego.
Jednak już w przypadku przedwojennego budownictwa – przynajmniej ideologicznie „bezpiecznego”, a wręcz cennego ze względu na silne cechy narodowe stylu nowej, niepodległej Polski – inicjatorami szlaków modernizmu bywają i lokalne władze, jak miało to miejsce w modelowej Gdyni czy Katowicach. Rodzące się na kamieniu w ostatnich latach publikacje poświęcone międzywojniu to efekty zarówno badań naukowców, zespołów uniwersyteckich, jak i działań dwóch najważniejszych ognisk szerokiej dyskusji nad architekturą XX wieku – Centrum Architektury w Warszawie i Instytutu Architektury w Krakowie. Obie fundacje prowadzą działalność popularyzatorską, w tym wydawniczą, publikując pisma teoretyczne, monografie i katalogi realizowanych przez siebie wystaw.
Wszystkie te działania, wzmocnione szeregiem edukacyjnych wykładów i spacerów, sprawiają, że z pewną dozą hazardu możemy uznać architekturę pierwszej połowy minionego stulecia za zaabsorbowaną przez społeczeństwo (mimo jego naturalnej i wiecznej predylekcji do form giętych i strojnych). W każdym razie zasymilowaną na tyle, by rozumieć konieczność jej ochrony. Względnej, bo o ile nadawanie statusu zabytku budynkom międzywojennego modernizmu przestało być traktowane jak niedorzeczność, daleko mu do oczywistości. Tę ambiwalencję widać szczególnie w dokonywanych systematycznie zbrodniach na stylu w formie nadbudów i modernizacji. Część z nich ma charakter odwracalny, jest zatem nadzieja, że kolejne lata pracy u podstaw wytworzą presję społeczną, a z nią naprawę czasem aroganckich, czasem ignoranckich pomyłek. Inaczej jest w przypadku budownictwa powojennego, którego dzieje składają się na nowe księgi narodu i męczeństwa, skonstruowane jednak jak porządny, hitchcockowski horror, gdzie akcja zaczyna się trzęsieniem ziemi, a napięcie ani myśli utonąć w rozpadlinach.

Za symboliczny początek społecznej walki o dobre imię socmodernizmu można przyjąć moment, gdy w 2006 roku gęsto zabudowana ziemia stolicy zadrżała pod buldożerami równającymi z ziemią Supersam. Pierwszy w kraju sklep wielkopowierzchniowy projektu Jerzego Hryniewieckiego, Macieja Krasińskiego i Ewy Krasińskiej był przez lata ze względu na funkcję i formę wcieleniem marzeń Polaków o nowoczesności. Ani wartość symboliczna, ani unikalna architektura nie okazały się wystarczającymi kontrargumentami przeciwko apetytowi inwestora na atrakcyjną działkę; społeczne protesty i apele ekspertów nie zdołały ocalić budynku. Mimo to Supersam pozostaje znakiem nowego w Polsce obywatelskiego otrzeźwienia i sprzeciwu wobec trwającego kilkanaście lat niekontrolowanego zawłaszczania przestrzeni publicznej przez agresywny kapitalizm. Jednocześnie porażka staje się memento dla palącej potrzeby zmiany mentalności – władz i większości społeczeństwa – w odniesieniu do trędowatej, bo czytanej wyłącznie przez ideologiczną niechęć, architektury.
Kilka lat wystarczyło, by do głosu doszło pokolenie, które designerskie porcelanowe figurki Supersamu postawi w swoich mieszkaniach na odkurzonych meblościankach – ich pamięć o PRL-u nie wzdryga się na myśl o cieniu systemu, jest raczej źródłem tożsamości, lepionych z ziarnistych migawek dzieciństwa. To jednak także generacja wolna od zarzutów o czczą estetyzację i bezmyślny bunt przeciw traumie pokolenia rodziców czy o topienie w drwinie trudnej historii – ta dyskusja przetoczyła się przez kraj w pierwszych latach milenium wraz z filmem Good Bye, Lenin Wolfganga Beckera, modą na upstrzone reliktami komunizmu knajpy i popularnością turystycznych wycieczek czarną wołgą śladami ostańców systemu.
Jaskółką nowej, krytycznej fazy jest projekt dokumentacji powojennych neonów, który spowoduje na tyle istotną zmianę świadomości, by zapoczątkować ochronę przedmiotów dotychczas powszechnie uważanych za śmieci. Spontaniczna reakcja Ilony Karwińskiej i Davida Hilla na degradowanie się i poddawanie rozbiórce nieczynnych reklam świetlnych przerodziła się w społeczny ruch, szereg działań artystycznych, modę, a wreszcie powołane do życia w 2012 roku prywatne muzeum.
Drugim przedsięwzięciem, również bardziej niż z poczucia misji zrodzonym z prywatnej, jednostkowej nostalgii, jest projekt Ewy Cieniak i Bartosza Nowakowskiego Tu było kino. Angażuje on internetową społeczność we wspólną dokumentację cichej śmierci małych kin; budynków wznoszonych po wojnie masowo, także na głuchej prowincji, jako zgrzebne salony propagandy i rozrywkowa alternatywa dla kościołów. Polityczne założenia szybko zweryfikowała praktyka życia, a kina pozostały przestrzeniami świątecznego, zawieszonego czasu i wędrówek wyobraźni poza szarą codzienność PRL-u. Ten świat zaczął odchodzić wraz z kruszeniem się systemu, ale ostatecznie unicestwiły go galerie handlowe zbrojne w multipleksy. Sentymentalną i, co dziś nie do pomyślenia, pozbawioną artystycznych pretensji inicjatywę dwójki entuzjastów wieńczy album. Książka prezentuje dzisiejsze czasy budynków odrapanych z ich prowincjonalnej świetności – upokarzające zamiany w punkty usługowe albo powolne, lecz nieodwracalne blaknięcie nieużytkowanych obiektów. Tu było kino podejmuje nową relację z socmodernistyczną architekturą, jednocześnie podejmuje próbę rejestracji procesu symbolicznego i materialnego kurczenia się budynków od odebrania im pierwotnej funkcji aż po nieuchronne zniknięcie – rozbiórkę lub zwykłą dewastację.

Tak do dziś umierają ikony powojennego modernizmu – wyłączane z użytku, zaniedbywane, pokrywane reklamami. Czasem przyczyną jest niechlujstwo państwowej administracji, częściej to strategia chcących pozbyć się budynku prywatnych inwestorów. O tym, że nic lepiej niż brud nie ukrywa architektonicznej wartości, przekonał się najdobitniej wyburzony za społecznym przyzwoleniem (dzięki argumentacji brudem właśnie) w 2010 roku katowicki dworzec kolejowy – unikatowy przedstawiciel brutalizmu projektu Wacława Kłyszewskiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego. Szczegóły absurdalnej anatomii tej zbrodni mogliśmy poznać rok później, dzięki reportażowi Filipa Springera w jego Źle urodzonych. Reportażach o architekturze PRL-u – książce już kanonicznej, która przywraca twarz zapomnianym architektom i ich realizacjom, przepracowuje potyczki wizjonerów z kompromisem socjalistycznych realiów. Budynki stają się czasem smutnymi, czasem dumnymi, zawsze humanistycznymi bohaterami poszczególnych tekstów oraz cyklu fotografii, w którym zimną estetyzację przedstawień genialnych monstrów socmodernizmu, którą znamy choćby z prac Mikołaja Grospierre’a, Springer zastępuje poszukiwaniem w tej architekturze człowieka.
Dzięki sprzedażowemu triumfowi publikacja uwolniła z eksperckich kręgów dyskusję nad niechcianym dziedzictwem i niewątpliwie nadała temu ostatniemu ludzkie cechy w powszechnym odbiorze, jednak trudno mówić o jej pionierstwie – ukazała się w momencie, gdy pewne zjawiska nabrały już impetu. Tak działo się w przypadku bodaj najbardziej fatalnego bohatera Źle urodzonych, katowickiego „brutala”. Charakter działań społeczności, która zawiązała się wokół niego po wydaniu na dworzec „wyroku śmierci”, był nową jakością i do dziś stanowi awangardę w walce o dobre imię socmodernizmu. Gdy rozpoczęło się odliczanie dni do wyburzenia budynku, aby zwrócić uwagę na problem, znana z tyleż radykalnych, co charyzmatycznych form wypowiedzi prof. Irma Kozina z Uniwersytetu Śląskiego zarządziła społeczną akcję palenia zniczy pod dworcem. Z dystrybuowanego pokątnie w internecie zaproszenia na tę w domyśle kameralną, żałobną demonstrację, ku zaskoczeniu organizatorki i oburzeniu policji, skorzystało trzystu mieszkańców Katowic. Wymiernym rezultatem działania był mandat, którym została ukarana badaczka za organizowanie nielegalnej manifestacji. Poza kontrowersją, skądinąd wymowną dla stanu polskiej demokracji A.D. 2010, akcja ujawniła zaskakującą skalę społecznego potencjału, który tkwi w mieście konsekwentnie odwróconym od powojennej architektury. Drugim odkryciem była konfrontacja z siłą stosunkowo młodych w Polsce mediów społecznościowych jako narzędzia realnych działań. Potwierdzeniem ich funkcjonalności był pierwszy słynny profil budynku Brutal z Katowic, prowadzony przez Tomasza Malkowskiego. To symboliczny moment, w którym prasa zyskuje funkcję echa, a Facebook staje się centrum powszechnej mobilizacji, dystrybucji informacji i polem walki o rząd dusz opinii publicznej oraz dyskusji z deweloperami, władzami i administracyjnymi absurdami.
Najważniejszym z dzisiejszej perspektywy zjawiskiem wywodzącym się z walki o dworzec są działania fundacji Napraw Sobie Miasto. Gdy los budynku był już przesądzony, grupa architektów i urbanistów zasłynęła symboliczną „sprzedażą” światowym stararchitektom jego flagowych elementów konstrukcyjnych – słynnych kielichów. Do akcji przyłączył się katowicki oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, składając podobne propozycje polskim projektantom. Odzew ekspertów z kraju i z zagranicy zapoczątkował potrzebną dyskusję na temat wartości socmodernistycznej architektury, którą będą kontynuować ukonstytuowane rok później w Krakowie i Warszawie organizacje. Specyfiką Napraw Sobie Miasto pozostanie jednak przeniesienie punktu ciężkości z klasycznej popularyzacji wiedzy na upowszechnianie partycypacji jako metody kształtowania otoczenia. Twórcy fundacji skupią się zaś na działaniach na rzecz idei miasta rozumianego jako przestrzeń wspólna, a więc także obszarze zbiorowej odpowiedzialności mieszkańców. Już pierwsze działania, podejmowane jako nieformalna, studencka inicjatywa uwidaczniały tę linię. Happening Umyj sobie dworzec polegał na społecznym czyszczeniu budynku dworca Katowice-Ligota, by z jednej strony uwolnić architekturę z zakrywających ją brudu i graffiti, z drugiej pokazać, że publiczne nie oznacza niczyje. Podobny cel przyświecał akcji nieESTETYKA MIASTA – odzyskiwaniu przestrzeni przez oczyszczanie centrum z nielegalnych reklam i finalne utworzenie ze śmieci symbolicznej instalacji. Na uwagę zasługuje fakt, że wydarzenie odbywało się już pod szyldem „Katowice – Miasto ogrodów”, gdyż potencjał ruchu dostrzegły władze miasta starającego się w 2010 roku o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Program stolicy Górnego Śląska na tle innych kandydatów wyróżniało przyznanie znaczenia społecznemu aspektowi procesu aplikacji oraz budowie programu rozwoju kulturalnego aglomeracji w oparciu o działania inicjatyw lokalnych.
Napraw Sobie Miasto wpisało się trwale w krajobraz Katowic, wraz z przekształceniem w fundację wyspecjalizowało swoje działania, stale jednak odnosząc je do socjalistycznego, architektonicznego dziedzictwa. Nadal też punktem wyjścia jest dyskusja nad przestrzenią publiczną, niezależnie od tego, czy długotrwałym efektem ma być kształcenie wrażliwego na otoczenie młodego pokolenia poprzez warsztaty architektoniczne dla dzieci i młodzieży, czy wzmacnianie lokalnych społeczności i optymalne zagospodarowanie terenów wspólnych przez konsultacje społeczne poprzedzające miejskie inwestycje. Katowicki przykład jest też wyjątkowy na mapie innych inicjatyw wokół architektury PRL-u o tyle, że swoje działania zaczyna na poziomie ulicy, bez przygotowywania terenu wylansowaniem trendu w ulubionej, bo jakże plastycznej grupie wielkomiejskiej hipsterii.

I ta okazała się jednak użyteczna w kolejnym odcinku gry o dworce, których obrony i podboje, niczym walka o warowne twierdze, znaczą historię polskiej walki o powojenną architekturę. W stolicy socmodernistyczne wzornictwo stało się już oficjalną modą. W dawnych, siermiężnych zakładach usługowych otwierane są kawiarnie zachowujące elementy dawnego wystroju, lecz najlepszym symbolem młodego, które mości się w starym, jest otwarcie w budynku jednego z przystanków kolei podmiejskiej projektu Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka klubu Warszawa Powiśle. Ten natychmiast staje się ulubionym punktem spotkań nowych mieszczan, którzy lubią wolny czas, sztukę, gotowanie i weekendy w Berlinie, czyli tych, którzy stwarzają rzeczywistość2. To oni będą też klientami zorganizowanej przez Centrum Architektury akcji wyprzedażowej wyposażenia Dworca Centralnego – kolejnej realizacji słynnego stołecznego duetu, która naturalnie nie mogła uniknąć gromów w publicznej dyskusji nad jej przyszłością. Jednak finalne uznanie bezsprzecznej architektonicznej wartości budynku i decyzja o przywróceniu go do pierwotnego stanu poprzez gruntowny remont stanowią kolejny kamień milowy w powolnej drodze do rehabilitacji PRL-owskiego budownictwa. Wspomniana aukcja jest dobrą puentą zarówno sporu o dworzec, jak i szczególnie ważnego dla szerokiej dyskusji o przyszłości modernizmu 2011 roku. To wtedy zarejestrowane zostają dwie, stworzone przez środowiska młodych architektów, fundacje, które przyjmą na siebie rolę budowniczych mocnej, merytorycznej argumentacji – tego, czego wydaje się najbardziej brakować powszechnej już i emocjonalnej, a więc społecznie zaangażowanej dyskusji. Jedną z nowych organizacji jest wspomniane Centrum Architektury, które zebrane podczas dworcowej aukcji pieniądze przeznacza na upowszechnianie wiedzy o projektantach warszawskiego modernizmu. Efektem jest szereg dyskusji, spacerów, wreszcie wydawnictw – katalogów, dzielnicowych przewodników i szybko zyskujących status swoistych biblii pism klasyków światowej teorii i krytyki modernistycznej architektury. Znów o szczegóły łatwo w sieci, wszystkich zasług nie sposób opisać, podobnie w przypadku drugiej fundacji – Instytutu Architektury.
Krakowska fundacja, wywodząca się ze środowiska pisma „Autoportret” poświęconego dobrej przestrzeni, rozpoczyna działalność świetnie przyjętą, polemiczną wystawą Za-mieszkanie 2012. Miasto ogrodów. Miasto ogrodzeń. Ekspozycja jest poświęcona obyczajom mieszkaniowym współczesnych Polaków i patologii ich posttransformacyjnej interpretacji własności i dobrobytu, która skutkuje zębatym fetyszem osiedli grodzonych. Ta współczesna perspektywa staje się jednak punktem odniesienia dla krytycznej interpretacji modernistycznych idei jako utraconej (okres przedwojenny) lub skompromitowanej (powojnie), niepozbawionej jednak racji utopii, dziś uparcie odrzucanej przez miasto i niszczejącej na oczach obojętnych krakowian. Instytut Architektury zmierza zatem nie tyle do prostej, grającej z młodym sentymentem idealizacji, ile do przywrócenia godności dwudziestowiecznym realizacjom i uwidocznienia, jak wbrew obiegowym opiniom konstytuują one tkankę nowoczesnego Krakowa. Inaugurację opracowanego przez fundację Krakowskiego Szlaku Modernizmu zaplanowano we wnętrzach kolejnej PRL-owskiej ikony – dawnego hotelu Forum; przez lata niszczejącego, od kilku sezonów zaanektowanego na klubową rezydencję najbardziej złotej z młodzieży i wylęgarnię nieformalnych, twórczych inicjatyw. Wiadomość rozprzestrzenia się pocztą pantoflową, przychodzi kilkaset osób, które ledwo mieszczą się w monumentalnych przestrzeniach. I nie jest to dziś w Polsce wyjątek. Popyt na odzyskiwanie indywidualnej i społecznej świadomości najmłodszego niechcianego dziedzictwa jest ogromny.
Żyjemy jednak w doskonale schizofrenicznej rzeczywistości, dlatego od kilku lat krakowską opinią publiczną wstrząsa dyskusja na temat planów wyburzenia innego symbolu zetlałego, socjalistycznego splendoru – hotelu Cracovia, zaprojektowanego przez Witolda Cęckiewicza, jednego z najciekawszych osiągnięć powojennego modernizmu w kraju. Alternatywą dla budynku będącego znakiem wyjścia Krakowa z dziewiętnastowiecznego, dusznego gorsetu drugiej obwodnicy ku szklanej, światowej nowoczesności ma być kolejna galeria handlowa w dławiącym się konsumpcją mieście. Władze przychylają się ku temu rozwiązaniu, Instytut Architektury i stowarzyszenie Przestrzeń-Ludzie-Miasto zakładają fanpage HOTEL CRACOVIA Pany, na którym podejmują dyskusję z deweloperem i polityką urbanistycznego wyjaławiania, jednocześnie rozpoczynają walkę o wpisanie budynku do rejestru zabytków. Rozstrzygnięć na razie brak.

Scenariusz zawstydzająco stereotypowy. Dziesięć lat temu ze stuprocentową pewnością moglibyśmy dopisać sekwencję dalszych zdarzeń. Jednak choć losy „źle urodzonych” wydają się być zwierciadlane, dzięki coraz bardziej dojrzałym działaniom ruchów społecznych ich historie nie są czystą beznadzieją okręgów, lecz tworzą spiralę. Sceptycy twierdzą, że jest ona tak ściśnięta imadłem arogancji władz obojętnych na obywatelską dynamikę, że trudno mówić o postępie, niezgodna zaś z oficjalną wykładnią aktywność mieszkańców jest skazana na klęskę. Niedawnym jednak doświadczeniem Krakowa jest również sukces oddolnej, pozbawionej budżetu inicjatywy Kraków Przeciw Igrzyskom, która doprowadziła do wycofania kandydatury miasta na organizatora zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku. Trudno wyobrazić sobie bardziej nieprawdopodobny scenariusz w stosunku do priorytetowego dla władz projektu, agresywnie lobbowanego w ogólnopolskiej kampanii reklamowej i cieszącego się dużym społecznym poparciem. A jednak w tej wzorcowej walce Dawida z Goliatem wygrało myślenie o mieście jako o żywym, złożonym organizmie, społeczne inicjatywy, a przede wszystkim wola mieszkańców uczestniczenia w decyzjach o wspólnej przestrzeni. A to zmiana, której nie da się zlekceważyć.
Nie można się oczywiście łudzić, że presja deweloperów i podatność lokalnych decydentów na miraże krótkoterminowych inwestycji nagle znikną, a na ubitej ziemi świadome społeczeństwa obywatelskie zaczną odbudowywać nowe, zrównoważone miasta. Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie praca nad odzyskaniem pamięci socmodernistycznego dziedzictwa – architektury, ale i myślenia o funkcjonowaniu w mieście jako systemie sąsiedzkich relacji – stała się w Polsce głównym, eksperymentalnym poligonem demokracji bezpośredniej.
Skali zjawiska tej obywatelskiej transformacji nie można zignorować, podobnie jak związanego z nią procesu rehabilitacji architektury PRL-u nie da się skwitować prostą dynamiką zmiany pokoleń. Owszem, docenienie architektury i wzornictwa sprzed transformacji nasączone jest pewną porcją sentymentu. W szerszej skali to jednak nie wspomnienia słodkiego dzieciństwa, lecz wyczerpywanie się kapitalistycznego modelu ekonomicznego powoduje, że dzisiejsi trzydziestolatkowie przeprowadzają się na blokowiska z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ekonomiczny kryzys uwidocznił nietrwałość wolnorynkowych konstrukcji, a także zapoczątkował odwrót ku bardziej krytycznej konsumpcji, za nią zmianę modelu życia zauważalną na razie szczególnie wśród młodych mieszczan. W tym modelu nową wartość zyskuje funkcjonalna, wolna od wielkokubaturowego nadmiaru architektura modernizmu. W odniesieniu do budynków użyteczności publicznej, „ponowne wykorzystanie” czy adaptacja do nowej funkcji zaniedbanych, lecz znajdujących się w dobrym stanie technicznym budynków stanowi alternatywę dla urzędniczej obsesji wznoszenia nowej, przeskalowanej infrastruktury, która zadłuża miasta na lata. W skali jednostkowej PRL-owskie osiedla wygrywają w każdym aspekcie konkurencję z pozbawionymi zieleni, niedoświetlonymi, zabetonowanymi osiedlami grodzonymi, które pozorem luksusu pokrywają doskonałą społeczną aseptyczność przestrzeni. Odwrót ku blokowiskom ma ten sam źródłosłów, co inne ważne tendencje, które są przyczynkiem nowego modelu społecznego – tworzenie nieformalnych organizacji, kooperatyw bezgotówkowej wymiany usług czy produkcji żywności. Wszystkie one są pokłosiem korporacyjnego umaszynowienia, które zaczyna kształtować także czas wolny i fragmentaryzować relacje międzyludzkie. Tęsknota za namacalnymi więziami, trwałymi wartościami i solidną, generacyjną, nie sezonową materią jest dojrzałym sprzeciwem wobec urynkowionej rzeczywistości ciągłego przepływu i nadmiaru. Krystalizuje się ona w zwrocie do prospołecznych idei, które budowały modernistyczną architekturę. Jest więc dokładnym zaprzeczeniem czysto estetycznej socmody. Daleko jej też do bezkrytycznej afirmacji – w przestrzeniach publicznych straszy zbyt wiele pokracznych świadków utopii, jaką bywał modernizm. Młoda współczesność interpretuje jednak socmodernizm jako utracony plac budowy szerokich założeń, myślenia o mieście jako całościowej strukturze, organizmie budowanym na miarę człowieka. Widzi w nim laboratorium, w którym pomyłki są koniecznym elementem eksperymentu – znów wartość, na którą dzisiejszy imperatyw eksperckości nie daje przyzwolenia.
Paradoksalnie wszystkie te skojarzenia stawiają architekturę wznoszoną jako reprezentacja systemu poza tym systemem. Nawet jego programowe monumenty w strukturze dzisiejszych miast są emocjonalnie bardziej dostępne niż mające stanowić zdrową przeciwwagę, agresywne i klasowe wieżowce nowej demokracji. Z kolei powstające wokół socmodernistycznego budownictwa ruchy społeczne nie mają nic wspólnego z igraszkami lewackiej młodzieży. Szorując obiektywną, architektoniczną i społeczną wartość powojennego modernizmu z brudu złych skojarzeń, stoją jednak w mocnej kontrze do chaosu współczesności i rewidują jej jałowość. A to musi powodować wściekłość i wrzask podgryzanego, wolnorynkowego status quo. Dlatego, mimo że diagnoza radykalnej społecznej zmiany w podejściu do niechcianego dziedzictwa w ciągu ostatniej dekady nie nastręcza kłopotów, trudno jest prognozować przyszłość źle urodzonych.

1. O konsekwencjach symbolicznej winy, która determinuje społeczną recepcję architektury PRL-u, pisał Michał Wiśniewski w dostępnym online tekście Spóźnione ułaskawienie. Kilka uwag o nostalgii za niechcianym dziedzictwem PRL w 7 numerze „Herito” (2012) zatytułowanym Opowieści z krajów, których już nie ma, a poświęconym posttotalitarnym (re)sentymentom Europy Środkowej.

2. Ostateczną środowiskową legitymizacją „pryszczatej” architektury w stolicy, ale też potwierdzeniem swoistego trendu przejmowania przez zasiedzenie, będzie tymczasowe ulokowanie w 2012 r. pozbawionego siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej w pawilonie meblowym Emilia projektu Mariana Kuźniara i Czesława Wegnera.