Opowieści z krajów, których już nie ma

Spóźnione ułaskawienie. Kilka uwag o nostalgii za niechcianym dziedzictwem PRL

Polska Rzeczpospolita Ludowa formalnie istniała od 1952 roku, choć faktycznie jej polityczny byt zaczął się osiem lat wcześniej. W 1989 roku przestała istnieć. Prawie pół wieku istnienia PRL było czasem szybkiej industrializacji kraju, a w jej efekcie masowej urbanizacji i migracji społecznej. Podczas gdy w przededniu wybuchu II wojny światowej ponad trzy czwarte obywateli Polski mieszkało na wsi, a zaledwie jedna czwarta w miastach, pół wieku później proporcje te uległy odwróceniu. Czy chcemy czy nie, ta wielka rewolucja społeczna, chociaż brutalna i niepozbawiona ofiar, stworzyła nowoczesną rzeczywistość polskich miast. Nie jest przesadą stwierdzenie, że historia architektury polskiej na przekór temu, czego uczy się w szkołach architektury, jest w dużym stopniu związana z rozwojem budownictwa socrealistycznego i modernistycznego. Od ponad dwóch dekad ta gigantyczna spuścizna, a zarazem wielki zasób dziedzictwa kulturowego, pozostaje na marginesie dyskursu o naszej wspólnotowej pamięci i przeszłości. Po okresie agresywnego ikonoklazmu oraz po długim czasie odrzucenia i niezauważania budynki powstałe w PRL coraz częściej stają się tematem działań artystycznych, wystaw i publikacji i są przywracane szerokiej publiczności, prowokują do głębszej analizy współczesnej recepcji „betonowego ogrodu”, w którym wychowała się większość Polaków. Niech o charakterze zachodzących zmian opowie kilka najżywszych przykładów reinterpretacji niechcianego dziedzictwa.

Cień Pałacu


W pierwszych tygodniach 2007 roku zapadły dwie decyzje, które na lata wyznaczyły główne tematy dyskusji o przyszłym kształcie centrum Warszawy. Pierwsza z nich, podjęta przez p.o. Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, dotyczyła wpisania do Rejestru Zabytków Pałacu Kultury i Nauki. Druga, podjęta przez jury konkursu architektonicznego, dotyczyła uznania pracy Christiana Kereza za najlepszy projekt siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które miało stanąć w sąsiedztwie Pałacu. Obie decyzje spotkały się z burzliwą reakcją, otwierając debatę publiczną na temat niechcianego, jak powszechnie uważano, dziedzictwa.
Gmach Muzeum Sztuki Nowoczesnej według projektu Christiana Kereza ponad pięć lat od rozstrzygnięcia konkursu wciąż nie powstał i jak wszystko na to wskazuje – raczej już nie powstanie. W wypadku jego realizacji budynek mógł odegrać ważną rolę w rozwoju architektury muzealnej w Europie. Blisko dekadę po Muzeum Guggenheima w Bilbao, dzięki swej minimalistycznej, prostokreślnej bryle mógł oznaczać definitywny kres zachwytu nad estetyką bazującą na bombastycznej dekonstrukcji. Tak się nie stało, a wspominana prostota najbardziej rozsierdziła publiczność obserwującą wyniki konkursu, a także część władz nowego muzeum z jego ówczesnym dyrektorem na czele, który na znak protestu postanowił podać się do dymisji. W oczekiwaniach zleceniodawców budynek muzeum miał neutralizować monumentalną bryłę Pałacu i równocześnie łagodnie uzupełniać modernistyczną zabudowę Śródmieścia. Wybór minimalistycznego, żelbetowego projektu nie był w stanie sprostać tym nadziejom i wyostrzył tylko kwestię Pałacu Kultury i Nauki, roli i znaczenia tego obiektu dla naszej wspólnotowej tożsamości i mentalności.

Erupcja dyskursu


W odniesieniu do Pałacu Kultury i Nauki, a więc i do całokształtu dziedzictwa epoki PRL dominują paralelnie dwie narracje. Pierwsza z nich artykułowana jest przez pokolenie powojennego boomu demograficznego, przez osoby, które przyszły na świat w pierwszej dekadzie po zakończeniu II wojny światowej i dorastały w czasach małej stabilizacji. Ich wchodzenie w dorosłość splotło się z erupcją Solidarności, a wydarzenia polityczne lat osiemdziesiątych określiły na stałe najczęściej niechętny, a czasami agresywny stosunek do niedawnej przeszłości, paradoksalnie – do własnej przeszłości. Reakcję tego pokolenia na istnienie Pałacu Kultury i Nauki zawrzeć można w słowach: „My, pokolenie Solidarności, domagamy się zburzenia symbolu dominacji sowieckiej”.
Po drugiej stronie barykady, w opozycji do tej zasadniczej i negatywnej oceny, stoi inny dyskurs. Zazwyczaj wyrażany przez dzieci boomu demograficznego epoki Gierka i stanu wojennego, które dorastały w szarzyźnie ostatnich tchnień PRL, a swoje formacyjne doświadczenie odnajdywały w dynamicznych, pełnych ekonomicznej niepewności i zachłyśnięcia się zachodnią popkulturą latach transformacji. Ich stosunek do dziedzictwa niedawnej epoki pozbawiony jest takich emocji, jakie pojawiają się w „pokoleniu Solidarności”. Fundamentem tej postawy jest poczucie niepewności płynnego okresu transformacji i związana z tym negacja panującego wówczas oficjalnego dyskursu, co warto nadmienić, dyskursu pokolenia rodziców, w którym wychwalanie wolnego rynku sprzęgnięte zostało z konserwatywnym zwrotem obyczajowym. Osobnym zjawiskiem artykułowanym przez działania tego pokolenia jest negacja pozbawionego refleksji ikonoklazmu, jakim objęto w ostatnich dwóch dekadach materialne dziedzictwo czasów powojennych. Analizując własny stosunek wobec Pałacu, niejeden przedstawiciel tej grupy podpisze się pod słowami: „My, pokolenie transformacji, kojarzymy Pałac z ekscytującą wycieczką do Warszawy w połowie lat osiemdziesiątych, z obowiązkową wyprawą na trzydzieste piętro, z marmurowymi posadzkami i spektakularną panoramą wielkiego miasta, z zapiekanką sprzedawaną w stojącej pod Muzeum Techniki przyczepie Niewiadów… z naszym dzieciństwem, pamięcią i tożsamością, której nie damy sobie tak łatwo amputować”.

Warszawa – „perła socrealizmu na północ od Alp”


Chcąc zrozumieć tę dychotomię, warto przyjrzeć się choć w przybliżeniu dziejom odbudowy Warszawy. Historia pozwala tutaj na liczne ścieżki interpretacji, ale zapis faktów pozostaje niepodważalny. Pomiędzy wrześniem 1939 a styczniem 1945 roku Warszawa – stolica Polski – poddana została niewyobrażalnej przemocy, w wyniku której zginęła blisko połowa mieszkańców miasta, a prawie cała zabudowa Śródmieścia i okolic została zamieniona w gruzy. Wczesną wiosną 1945 roku Warszawa była wielkim cmentarzyskiem oraz „białą kartką”, na której miasto trzeba było nakreślić od nowa. Decyzją polityczną nowych komunistycznych władz postanowiono, że jako pierwszy odbudowany zostanie historyczny rdzeń miasta sprzed czasów rewolucji przemysłowej. Prace ruszyły tuż po zakończeniu działań wojennych. Jeszcze wiosną 1945 roku przygotowano pierwsze projekty planistyczne, spośród których najbardziej radykalna była wizja autorstwa Macieja Nowickiego, postulująca odbudowę Warszawy opartą na wzorach modernizmu i Karcie Ateńskiej, wzniesienie miasta dróg szybkiego ruchu, rozproszonych budynków mieszkaniowych oraz wieżowców. Ta wizja, przełamująca schemat zabudowy kwartałowej, nie została jednak rozwinięta; Nowicki jeszcze w 1945 roku opuścił Polskę, a w Warszawie pierwszym szeroko promowanym projektem rekonstrukcyjnym nie była odbudowa Śródmieścia, lecz politycznie bardziej nośne odtworzenie zabytków Starówki.
Od tego momentu rekonstrukcja miasta nabrała charakteru konserwatorskiej podróży w przeszłość, a nie modernistycznej próby stworzenia racjonalnej przestrzeni do życia, przez co na długo została powiązana z estetyką historycystyczną. Problem ten wzmógł się jeszcze w okresie decydującej fazy odbudowy Warszawy, kiedy ciężar prac przeniósł się wreszcie do Śródmieścia. Były to już lata po ogłoszeniu w 1949 roku doktryny socrealizmu, która w kolejnych siedmiu latach zdominowała polską myśl architektoniczną i planistyczną, na zawsze łącząc przestrzeń centrum stolicy z estetyką doby Józefa Stalina. Warto zauważyć, że zgon „ukochanego przywódcy” w 1953 roku oraz początek odwilży trzy lata później niemalże natychmiast wypłukały socrealizm z desek kreślarskich polskich biur projektowych. Już w listopadzie 1956 roku miesięcznik „Architektura”, najważniejsze w Polsce pismo branżowe, opublikował podwójny numer, który w całości poświęcono najnowszym projektom w kapitalistycznej Francji, w tym jednostce marsylskiej Le Corbusiera.
Po latach socrealizmu, kiedy wzniesiono Pałac Kultury i Nauki, wybudowano liczne gmachy ministerstw, odbudowano gmach Sejmu, otwarto Trasę W-Z oraz Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową (MDM) i Muranów, estetyczna zwrotnica projektów realizowanych w Warszawie przestawiona została na tory modernistyczne. Socrealizm pozostawił po sobie w Warszawie przebogatą spuściznę, ukształtował administracyjne centrum kraju, narzucając wygląd licznym budynkom rządowym w Śródmieściu oraz całym dzielnicom mieszkaniowym. Niektóre z nich to prawdziwe „perły”, jedne z najlepiej zaprojektowanych w Polsce. Przykryty kopułą budynek Prezydium Rady Ministrów (proj. Marek Leykam, 1952), spektakularna kolumnada gmachu Ministerstwa Rolnictwa (proj. Jan Grabowski, Stanisław Jankowski, Jan Knothe, 1952), oś urbanistyczna przed frontonem Ministerstwa Finansów (Osiedle Kubusia Puchatka, proj. Zygmunt Stępiński i in., 1949–1956) to przykłady kompozycji architektonicznych, które klasą swojego wykonania i detalu przerastają wszystko to, co w Warszawie budowano po 1956 roku.
Socrealizm dał także stolicy, przemycane pod kamiennym płaszczem, liczne rozwiązania typowe dla modernizmu. Analizując kompozycję budynków Sejmu, łatwo zauważyć, że sekwencja nachodzących na siebie brył, w której zaskakuje brak monumentalnego wejścia, a elementem dominującym jest podjazd dla samochodów, w której pewne części budynków przypominają łączniki rozpięte nad ulicą, budzi skojarzenia z siedzibą Bauhausu w Dessau. W podobny sposób analizować można urbanistykę centrum Warszawy. Wbrew powszechnym lamentom nad zburzeniem przez Niemców „Paryża Wschodu”, warto zauważyć, że ukształtowaną na początku XX wieku gęstą zabudowę przedwojennego Śródmieścia trudno uznać za miejsce zdrowe, wystarczająco nasłonecznione i przewietrzane. Dopiero powojenna rekonstrukcja dała tej części miasta oddech, istotnie podnosząc jakość przestrzeni do życia oraz przestrzeni publicznej.
Modernistyczne rozwiązania planistyczne i architektoniczne zdominowały przestrzeń Warszawy po 1956 roku. Okres małej stabilizacji zaowocował Supersamem, osiedlem Za Żelazną Bramą oraz Ścianą Wschodnią ulicy Marszałkowskiej. Decydująca faza rekonstrukcji metropolitalnego centrum miasta zakończyła się silnymi akcentami w postaci wielkich inwestycji czasów I Sekretarza KC Edwarda Gierka – Dworcem Centralnym, Trasą Łazienkowską czy odbudową Zamku Królewskiego. Podejmowane wówczas decyzje urbanistyczne na dziesięciolecia ustaliły kształt centrum Warszawy, z całą jego estetyczną niespójnością i urbanistycznymi zawirowaniami, które przez wielu odbierane są jako chaos, budzą złość i nierzadko agresję. Paradoksalne, że wymienione budynki, realnie współtworzące przestrzeń stolicy, są obecnie najbardziej narażone na destrukcję, a niektóre już nie istnieją.

Odrzucenie, negacja i ikonoklazm


Wraz z początkiem transformacji, jeszcze przed końcem 1989 roku, złowroga pustka otaczająca Pałac Kultury została wypełniona gwarnym bazarem. Biorąc sprawy w swoje ręce, Polacy zadomowili się w przestrzeni największego placu stolicy, sprzedając tak zwane szwarc, mydło i powidło. Przestrzeń komunistycznego sacrum zamieniła się w przestrzeń ludycznego profanum. W bezpośrednim sąsiedztwie mównicy, z której w październiku 1956 roku przemawiał do milionowego tłumu Władysław Gomułka, a ponad dwie dekady później mszę celebrował papież Polak, zagościły na lata tymczasowe budki z zapiekankami, piwem i hamburgerami. Pamięć została wymazana. Szczytowym momentem w odczarowywaniu symboliki Pałacu była zorganizowana w 1992 roku w Sali Kongresowej i transmitowana przez Telewizję Polską Gala Piosenki Popularnej i Chodnikowej. Zaledwie dwa lata po wyprowadzeniu z tego miejsca sztandaru PZPR i niemalże ćwierć wieku od legendarnego koncertu grupy The Rolling Stones Sala Kongresowa stała się świadkiem narodzin disco polo. Na scenie występowały zespoły Top One, Fanatic i Atlantis, a za ich plecami górowała scenografia w postaci sylwety Pałacu Kultury, na którego dachu ustawiono ryczącego jelenia. Podczas wykonania szlagieru zespołu Białe Orły, zatytułowanego Biały Miś, występujący muzycy przebrani byli w stroje pluszowych niedźwiedzi. Pałac „sięgnął chodnika”, znikając z pola widzenia za straganami, które stworzyły jego nowy kontekst. Z czasem zaczęły go również otaczać pomniki nowych czasów, coraz wyższe komercyjne budynki w formie drapaczy chmur, formujących koronę wokół głównej dominanty stolicy. Pałac dosłownie zaczął znikać z pola widzenia. Jego niespodziewany powrót do centrum debaty nastąpił wraz ze wspomnianym już wpisem do Rejestru Zabytków.

Zapomnienie


Warto podkreślić, że przez wiele lat od przewrotu politycznego w Polsce dziedzictwo PRL nie było poddawane praktycznie żadnym zmianom. Przy narodzinach III RP doszło wprawdzie do fali ikonoklazmu, był on jednak wymierzony przede wszystkim w pomniki niedawnych bohaterów, działaczy partyjnych i żołnierzy Armii Czerwonej, przez co nie dotykał bezpośrednio budynków, zmieniał jedynie ich kontekst. Pałac Kultury i Nauki symbolicznie został zburzony tylko raz, w końcowej scenie filmu Sylwestra Chęcińskiego Rozmowy kontrolowane. W pierwszej dekadzie po przełomie nikt jednak nie podejmował tego tematu na poważnie. Warszawa miała inne nierozwiązane problemy, w centrum brakowało budynków, które mogłyby wypełnić lukę, a budżet ewentualnej rozbiórki samofinansującego się gmachu przerastał ówczesne możliwości miasta i państwa. Na początku lat dziewięćdziesiątych rozpisano natomiast konkurs urbanistyczny na projekt zagospodarowania otoczenia Pałacu Kultury. Zwycięska praca Bartłomieja Biełyszewa i Andrzeja Skopińskiego zakładała budowę kolistego bulwaru, który miał dosłownie otoczyć Pałac, tak aby poruszające się po nim osoby nie musiały spoglądać na socrealistyczne monstrum. Projekt nigdy nie został zrealizowany, a po latach kolisty bulwar zastąpiono w miejscowym planie prostokreślną siatką. Kiedy jednak pod koniec lat dziewięćdziesiątych komercyjny inwestor zaprosił do Warszawy firmę Jerde Partnership, aby przygotowała projekt budowy centrum handlowego Złote Tarasy, powstał projekt, który zakładał budowę owalnego dziedzińca nowego budynku, płynnie łączącego się z kolistym bulwarem Biełyszewa i Skopińskiego. Wytyczona w ten sposób linia otaczająca Pałac z lotu ptaka przypominałaby gigantyczny znak zapytania. Czy mogłaby powstać w tym miejscu bardziej symboliczna kompozycja?
Znak zapytania o przyszłość Warszawy i placu Defilad towarzyszył również konkursowi fotograficznemu i odbywającej się później w stołecznej Zachęcie wystawie Warszawa na dzień przed, którą w 1998 roku zorganizował miesięcznik „Architektura-Murator”. Na okładce podsumowującego projekt numeru pisma umieszczono sepiowe zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki. Autorzy przedsięwzięcia zauważali, że Warszawa już wówczas była gigantycznym placem budowy, przechodzącym w sposób dosłowny gwałtowną transformację. Zdjęcie Pałacu na okładce sugerowało koniec pewnej epoki, po której pozostaną jedynie poszarzałe zdjęcia i niechciane dziedzictwo. Nowe tysiąclecie da nam natomiast inną Warszawę, w której Pałac niekoniecznie będzie najważniejszym spośród tutejszych budynków. Ciekawą puentę tej prezentacji stanowił umieszczony w tym samym numerze felieton autorstwa samego Bronisława Wildsteina1 , który z pasją potępił w nim ideę budownictwa socjalnego, opisując je jako siedlisko występku i patologii. Z furią wartą lepszej sprawy publicysta lustrował także Kartę Ateńską i dorobek Le Corbusiera, natomiast pretensje do realizowania projektów społecznych określał mianem mentalności rewindykacyjnej, która jest symptomem dekadencji. Ach jakimiż to dekadentami są niewdzięcznicy rządni, przy wsparciu państwa lub miasta, zamieszkać w ciasnym, ale własnym?
Tymczasem bulwar wokół Pałacu nie powstał, plac Defilad przez kolejne lata zarastał handlowo-parkingowym mchem, a oddane do użytku w 2006 roku Złote Tarasy, zasłaniające Pałac od strony Alei Jerozolimskich, jeszcze bardziej wymazały go z panoramy miasta. Zapominanie Pałacu Kultury odbywało się przez dwa dziesięciolecia w kilku etapach. Podobne procesy dały o sobie znać w przypadku większości budynków powstałych w omawianej epoce. Warto podkreślić ponownie, że zdecydowana większość budowli istniejących w Polsce została wzniesiona właśnie w tym czasie. Skala tych realizacji powoduje, że trudno dzisiaj myśleć realnie o ich wymazywaniu z map i oczekiwaniu na nadejście „nowego wspaniałego świata”. Tym bardziej że od początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy ta nowa rzeczywistość zaczęła coraz głośniej pukać do drzwi, szybko się okazywało, że jej realny kształt jest odległy od wyobrażeń i wizji, które towarzyszyły m.in. autorom wspomnianej wystawy. Wrzask reklam tylko przez chwilę stanowił antidotum na szarość blokowisk. Oparta na akceptacji kiczu, popularna w latach dziewięćdziesiątych estetyka postmodernizmu, która miała wyrażać sprzeciw wobec klockowatych form bloków, w warunkach ograniczeń polskiego rynku budowlanego zaczęła przeistaczać się we własną, trudną do strawienia karykaturę. Na tle wzorowanych na amerykańskich serialach rezydencji oraz potworkowatych budynków w stylu zamku Gargamela z bajek o Smerfach bloki z lat siedemdziesiątych zaczęły nabierać szlachetności. Ich odbiór ulegał powolnej modyfikacji, często prowadząc do akceptacji.
Po roku 2000 pojawiały się pierwsze publikacje na temat budownictwa epoki, w większości utrzymane w negatywnym tonie, często starających się skupiać na najciekawszych, wybranych nazwiskach, budynkach i problemach. Przedstawiona w 2001 roku książka Andrzeja Basisty Betonowe dziedzictwo. Architektura w Polsce czasów komunizmu2 czy opublikowany w 2003 roku jeden z numerów miesięcznika „Architektura & Biznes”, który w całości dotyczył spuścizny PRL, stanowiły bardzo wczesne głosy w dyskusji, opisujące problem z charakterystycznym dystansem i czyniące to w sposób wyważony i obiektywny. Natomiast pokazana w Zachęcie w 2005 roku wystawa prac Oskara Hansena zatytułowana Zrozumieć świat przywracała Polsce tego zapomnianego wówczas wybitnego artystę. Warto podkreślić, że o ile Betonowe dziedzictwo jest dziełem świadomego obserwatora oraz uczestnika wydarzeń, o tyle kolejna pozycja, a także wspomniana wystawa, podobnie jak wiele następnych, przygotowana została przez przedstawicieli młodszego pokolenia krytyków i kuratorów, których stosunek do PRL nie zawierał już tej jednoznacznej ideologicznej negacji.
Inaczej jednak niż w sferze symbolicznej sytuacja wyglądała w sferze realnej, namacalnej. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej Polska zobowiązała się, zgodnie z normami unijnymi, redukować emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Jeden z wdrożonych projektów na rzecz ochrony środowiska polegał na stworzeniu zachęt finansowych dla właścicieli budynków. Miały one na celu ulepszanie nieruchomości dzięki termomodernizacji i redukcji zużycia energii cieplnej. Program rządowy polegający na pokrywaniu kosztów odsetek od kredytów na inwestycje tego typu okazał się wielkim sukcesem. W ciągu kilku lat ogromna ilość obiektów w całej Polsce, najczęściej niedocieplonych, a przez to energochłonnych budynków mieszkalnych z lat PRL, była kryta warstwą styropianu lub wełny mineralnej, na której kładziono tynk silikatowy lub akrylowy. Obecnie proces termomodernizacji powoli wygasa. Większość budynków, które można było docieplić, została już pokryta warstwą ochronną.
Obserwując efekty tego procesu można odnieść wrażenie, że odroczony z przyczyn ekonomicznych antykomunistyczny ikonoklazm dotarł do Polski z kilkunastoletnim opóźnieniem. Zazwyczaj podczas prac budowlanych pod warstwą styropianu znikały zachowane detale, wycinane były okapy nad wejściami, wymieniana była stolarka okienna. Najbardziej niekorzystna zmiana polegała jednak na pełnej swobodzie w stosowaniu kolorystyki dekorowanych na nowo elewacji. Większość lokali w blokach mieszkalnych została po 1989 roku sprywatyzowana, przechodząc na własność dotychczasowych mieszkańców, którzy zobowiązani zostali do utworzenia wspólnot mieszkaniowych. Wskutek tego ostateczny kształt inwestycji termomodernizacyjnych najczęściej wyłaniał się w drodze konsultacji prowadzonych przez architekta z przedstawicielami tychże wspólnot. W bardzo wielu przypadkach mieszkańcy współwłaściciele bloków decydowali o ostatecznym wyglądzie nieruchomości, często przesądzając o pokryciu budynków niezwykle intensywnymi, także fluorescencyjnymi kolorami. Osiedla mieszkaniowe doby środkowego PRL, które stanowią urbanistyczną całość, zaczęły tracić spójność. Budynki zaczęły ze sobą konkurować o to, który bardziej wyróżni się z otoczenia, a samorząd terytorialny zazwyczaj pozostawał obojętny wobec rodzącego się chaosu.
Niestety te nowe i masowe już zmiany będą trudne lub niemożliwe do odwrócenia. Podobnie jak nie do odwrócenia będzie destrukcja, która coraz częściej dotyka powojennych budynków. W 2006 roku z warszawskiego placu Unii Lubelskiej zniknął Supersam, jeden z najciekawszych w Polsce przykładów powojennego modernizmu. Został zburzony, aby ustąpić miejsca nowej komercyjnej realizacji. Kiedy w 2007 roku wybrano Polskę i Ukrainę do zorganizowania Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012, stało się oczywiste, że w Warszawie powinien powstać nowy duży stadion. Zaskakujące, że decyzja o likwidacji socrealistycznej kompozycji Stadionu Dziesięciolecia i zastąpienia jej nową, wątpliwą architektonicznie strukturą podjęta została arbitralnie, bez jakiejkolwiek próby społecznej legitymizacji. Podobnie rzecz się miała z destrukcją brutalistycznej bryły dworca kolejowego w Katowicach. Władze Warszawy i Katowic, podobnie jak innych miast, gdzie doszło do podobnych wyburzeń, nie brały nawet pod uwagę, że te budynki mogą mieć wartość estetyczną i historyczną, która predestynuje je do ochrony. Brak dyskusji na temat destrukcji ważnych często budynków oraz brak reakcji społecznej prowokują do refleksji.

Akceptacja niechcianego dziedzictwa


Równolegle z narastającą falą ikonoklazmu skierowanego przeciw dziedzictwu materialnemu czasów PRL w poprzedniej dekadzie obserwować można było również analogiczne agresywne działania o charakterze symbolicznym.
Trudno wręcz zrozumieć, że w mieście, które zostało niemal całkowicie zniszczone, proceder fizycznej zagłady został poddany jednogłośnie sakralizacji. Cześć oddawana ofiarom nie idzie jednak w parze z szacunkiem dla tych, którzy przeżyli i podnieśli stolicę z ruin. Brak pomników i tablic poświęconych planistom, architektom, zwykłym ludziom, którzy w spontanicznym odruchu włączyli się w proces odbudowy. Brak także słowa o tym, że Pałac Kultury w chwili powstania był między innymi najnowocześniejszym budynkiem w Polsce, rzeczywistym symbolem postępu i zmiany; narzędziem zmiany społecznej, a nie tylko indoktrynacji. Miał kilka kin, muzeów, sal koncertowych, kryty basen, które do dziś służą mieszkańcom Warszawy. Epoka masowego komercjalizmu, która przyszła po PRL, nie potrafiła zaproponować podobnej narracji modernizacyjnej. Chyba że za taką uznamy kult konsumpcji, której świątynią są Złote Tarasy.
W toczącej się w stolicy debacie o spuściźnie PRL dodatkowym czynnikiem jest silne podkreślanie działań modernizacyjnych podjętych podczas prezydentury Stefana Starzyńskiego. Szybki rozwój miasta pod koniec lat trzydziestych opisywany jest tylko pozytywnie, nie pozostawiając miejsca na polemikę i w pewien sposób odbierając możliwość wyrażania pozytywnych opinii o powojennej odbudowie. Mało kto chce pamiętać, że Stefan Starzyński zajmował zaszczytny urząd jako komisarz rządowy, a wśród lansowanych przez niego idei była budowa nowej rządowej dzielnicy na terenie Pól Mokotowskich, której projekty śmiało można porównać z faszystowskimi kreacjami Rzymu i Berlina. Co więcej, dominantą tej nowej dzielnicy miała być Świątynia Opatrzności Bożej, której bryła stanowiła schodkowo narastający drapacz chmur – wypisz wymaluj Pałac Kultury i Nauki. Jeżeli dodamy, że autorem tej kompozycji był Bohdan Pniewski, później autor jednych z najważniejszych socrealistycznych założeń Warszawy, z gmachem Teatru Wielkiego i Opery Narodowej oraz budynkiem Sejmu na czele, łatwo zauważymy śmieszność wymierzonej w PRL mody na międzywojnie.
W kontekście tej politycznie stymulowanej popularności dziedzictwa międzywojennego rodzące się zainteresowanie dziedzictwem PRL może być dzisiaj postrzegane jako przejaw reakcji na prawicowe uprowadzenie polskiej historii XX wieku. Jest to również wyraz niechęci do zastępowania cennych obiektów powojennych komercyjnymi, spadochronowymi realizacjami, które wznoszone są wbrew interesowi publicznemu. Ponadto zainteresowanie niedawną przeszłością powoduje włączenie do wątłej debaty o polskiej architekturze zagadnień społecznych. Największym kłamstwem postmodernizmu było sprowadzenie dyskursu architektonicznego do kwestii formy. Krytyka brzydoty blokowisk doprowadziła do kolejnego paradoksu – otworzyła tamę, która dotychczas stopowała realizację budynków, tylko pozornie mających symbolizować powrót do normalności, a mianowicie do zabudowy kwartałowej w ludzkiej skali. W rzeczywistości idee postmodernizmu utorowały ścieżkę dla powstawania grodzonych twierdz kapitalizmu, budynków ubranych w styropianowo-kamienny kostium, wykrzykujący akceptację dla estetyki przedwojennych kamienic (może też stosunków społecznych) i wprowadzający do przestrzeni miast polskich dwa atrybuty konsumpcyjnej kontroli: kamerę i płot. Proces ten widoczny jest najsilniej właśnie w Warszawie, gdzie powstające od początku lat dziewięćdziesiątych liczne grodzone kompleksy mieszkaniowe naśladują międzywojenny modernizm.

Ułaskawienie PRL


Sakralizacja destrukcji stolicy oraz nostalgia za międzywojenną przeszłością to jedne z najważniejszych elementów, które kształtują pamięć zbiorową o dziejach polskiej stolicy. Fałsz tej konstrukcji prowokuje reakcję, która przyjmuje kształt akceptacji dla dziedzictwa PRL. Ważnym nowym głosem w debacie na ten temat jest książka Filipa Springera Źle urodzone – reportaże o architekturze PRL 3. Narracja obejmuje w tym przypadku kilka wybranych przykładów, głównie budynków modernistycznych. Autor odtwarza polityczne i ekonomiczne warunki, w jakich była wznoszona między innymi katowicka Superjednostka. Nie ma tu złości, raczej próba zrozumienia czasu i miejsca, w których te obiekty powstawały. Formalnie nie różnią się one bardzo od podobnych budynków istniejących na przykład w krajach Europy Zachodniej. Są jednak „źle urodzone”, na zawsze naznaczone politycznym kontekstem, który wypychać je będzie na front ideologicznej wojny o polską historię. Zrozumienie tego procesu oraz zaakceptowanie własnej przeszłości pomoże nam pogodzić się z otaczającą rzeczywistością, odnaleźć w niej brakujący element pamięci, który – niekoniecznie heroiczny – również powinien być zachowany. Pozostaje żywić nadzieję, że jeżeli postulowane zmiany nadejdą, a materialne dziedzictwo PRL zostanie społecznie ułaskawione, to przynajmniej kilka spośród jego najciekawszych przykładów uda się ocalić nie tyle od zapomnienia, ile od zniszczenia.