Własną ręką

Słuchanie widoku

Dobrze jest iść na północny-wschód tuż po wzejściu słońca, pod koniec kwietnia, jeśli ma się duży nos i uszy. Ustawiasz się do światła, tak żeby ogrzewało prawą grań nosa i przechodziło trochę na lewy policzek, a jeszcze żeby padało nie wprost do ucha, jak dźwięki, tylko na tylne partie małżowiny, i już czujesz kierunek jak stary gil, jakbyś leciał wzdłuż rzeki albo po dyszlu Wielkiego Wozu. Przydatne jest też dno oka, jakże wrażliwe na kont padania promieni słonecznych. To wszystko okazuje się ważne, jeżeli iść tak trzeba trzy–cztery kilometry i to w lesie pierwotnym jak ten na wschód od Hajnówki, gdzie pełno martwych drzew, wykrotów, wiatrołomów i w marszu potrzebne są też ręce, nie ma więc jak sięgnąć po kompas bądź  GPS.

Na tym polegała ta praca, na szukaniu rzadkiego gatunku ptaka, za to właśnie płacili w puszczy.Dendrocopos leucotos, dzięcioł białogrzbiety, właściwie syberyjski gatunek. Tam mógł być, te kilometry stąd, tak mówił znak na mapie i ktoś musiał to sprawdzić. To był konkretny fach w ręku, rozpoznawanie dzięciołów po głosie, wyglądzie, po bębnieniu, jak umiejętność murowania domu czy leczenia ludzi, w końcu ktoś za to płacił, za rozpoznawanie ptaków po głosach, za rzadką znajomość języka obcego, języka dzięciołów. Co za profesja, myślałem, wspominając upokorzenia z dzieciństwa i pozornie niewinne, a w gruncie rzeczy anatomiczne przezwisko: Ptaszek.

Chodzi o bębnienie, tak, o stukanie w drzewo dziobem. Dzięcioły bębnią, by wyznaczyć terytorium lęgowe. Wybierają suche konary i uderzają długimi seriami, które niosą się na kilkaset metrów. Każdy z kilku polskich gatunków robi to inaczej. Najsilniej bębni dzięcioł czarny: perforuje ciszę donośnymi seriami ciężkich uderzeń, które są nie do pomylenia z niczym, a przypominają nieco karabin maszynowy. Najmniejszy z całej rodziny, dzięciołek, również ma charakterystyczny werbel, niezwykle delikatny, choć niesie się całkiem daleko. Dzięcioł duży uderza krótkimi mocnymi seriami, które zdają się nerwowe, choleryczne, zielonosiwy zaś seriami długimi, po dwie sekundy, jak czarny, ale te wydają się delikatniejsze i nie tak dobrze słyszalne. Trójpalczasty natomiast (na to miejsce) może przypominać werbel czarnego. Choć nie uderza tak głośno i mocno, przywodzi na myśl raczej pracę ciężkiej maszyny do szycia niż karabin. Nowicjusze, którym pokazać dzięcioły jednego dnia, twierdzą, że zjawisko bębnienia wywołuje zdumienie i niedowierzanie, ale tak jest chyba w ogóle z tym całym światem dookoła.

Tymczasem dzięcioł białogrzbiety wyróżnia się spośród innych werblem wręcz dystyngowanym, wyszukanym, jakby pracował nad nim całą noc, żeby o czwartej rano, na chwilę przed eksplozją światła, zaprezentować go zbudzonej biocenozie. Rozpoczyna powoli, wyraźnie chcąc zwrócić na siebie uwagę wszystkiego, co ma uszy, po czym przyśpiesza równomiernie, wykańczając partię serią przyśpieszonych uderzeń. Całość nie trwa nawet półtorej sekundy, rzadko dwie, trzeba więc w czasie marszu słuchać i stąpać cicho, żeby dźwięki nie przeszkadzały sobie nawzajem, nie zasłaniały się, tak jak zasłaniają się zioła, krzewy i drzewa w widoku. Bo widok jest niemy tylko z daleka. Da się go nie tylko oglądać, ale i słuchać.

Z bliska w Puszczy Białowieskiej można usłyszeć jedyne w swoim rodzajubjuk,które według niektórych brzmi jakkik– głos niepokoju, ale też kontaktu między samicą i samcem białogrzbieta. Pomylić można go z kosem albo dzięciołem pstrym średnim, on też ma podobny głos, podobnie wyraża niepokój, ale istnieje pewna nieuchwytna różnica, która powoduje, że kiedy słyszyszbjuk, myślisz białogrzbiet, a nie średni. Całą sztuka polega na jej uchwyceniu i użyciu potem odpowiedniej nazwy.

Nazwy dzięciołów pstrych, to znaczy pstrego dużego, pstrego średniego i małego, wyrażają jakąś nieporadność człowieka wobec konieczności porządkowania i opisywania świata. Czuje się tu tę samą bezsilność co wobec przestrzeni na Syberii, gdzie z braku nazw wsie i przystanki kolejowe opisywane są numerami albo liczbą kilometrów, które oddzielają je od lokalnego centrum. Te trzy gatunki dzięciołów charakteryzuje czerń, biel i czerwień w przeróżnych formach i konstelacjach, istotną różnicą jest tylko wielkość. Ich nazwy muszą mieć dwa, a nawet trzy człony, żeby brzmieć wiarygodnie: dzięcioł pstry duży. Podobnie jest z rzadkim dzięciołem białogrzbietym. Jakże przekonująco brzmi ludowa nazwa średniego, zwanego na Mazowszu kardynałem z racji czerwonej czapki noszonej przez obie płcie.

Dendrocopos leucotosczęsto żyją w olsach albo starych lasach liściastych. Widok nazywany olsem niespodziewanie łączy dwa środowiska, dwa krajobrazy: jezioro i las. Drzewa rosną w nim na wysepkach otoczonych ciemną wodą, przez co pejzaż wydaje się zbiorem rozrzuconych po bagnie miejsc, wyznaczanych przez drzewa na wyspach. Zazwyczaj są to olchy albo jesiony, tak czy siak, trzeba skakać. Nie ma tam drogi czy ścieżek. Nawet jeśli woda opadnie i odsłoni w obniżeniach między wyspami bagniste dolinki, nie znajdziesz przez nie drogi, więc leźć-człapać trzeba przed siebie, jak każe mapa, kierunek, pracodawca, bo tam gdzieś być może jest dziupla białogrzbieta i trzeba to sprawdzić. Zwalone pnie olch kuszą, by na nie wejść i ułatwić sobie marsz choć przez kilkanaście metrów, ale niezwykle łatwo z nich spaść. Często pękają spróchniałe od wewnątrz, zapadają się w mazistą gytię bądź okazuje się, że jak brzozy nie istnieją już wcale. Tak oszukują zwoje białej kory brzozowej, zachowują kształt leżącego pnia, zapraszając do skoku, tymczasem wewnątrz nie kryją już nic: brzoza dawno zamieniła się w muł, no, w materię początkową, i lądujesz nogą po krocze w mazi grząskiej jak mazowieckie drobnomieszczaństwo.

Na wysepkach rośnie roślinność borowa: mchy, paprocie, porosty, szczawik zajęczy, a pomiędzy nimi, na bagnie, bagienna właśnie: knieć, pępawa, psianka i kosaciec. Szczególną postać przybiera ols, gdy zejdzie woda i odsłoni połacie mułu i próchnicy typu mull, w której można utonąć po pachy. Bór spotyka się z bagnem, siedliska przenikają się, tworząc nowe miejsce – ols. Płynny, błotnisty rozlewa się po widoku i wsiąka często w okoliczne świerczyny, rozłazi się, przez co miejscami ta puszcza wygląda jak jedna wielka granica kilku środowisk. Ekolodzy nazywają to ekotonem. Synkretyzm, eklektyzm, pomieszanie.

I wszechobecność wody.

„Teoretycznie narządy ruchu czworonogów powinny wyewoluować na drodze stopniowego przekształcania płetw w palczaste kończyny u ziemnowodnych istot, które na zmianę: pełzały po lądzie lub pływały w płytkiej wodzie” – zabrzmiało mi w głowie zdanie z wystawy w Muzeum Ziemi, kiedy tego ranka brnąłem przez ols i zatrzymało mnie jakiś małe żyjątko bez nazwy, owad, właśnie tonął. I jeszcze: „Niektórzy twierdzą, że palce powstały w wodzie i pierwotnie służyły do chwytania i przytrzymywania się wodnej roślinności, a dopiero później posłużyły do podpierania kończyny podczas marszu” – powtórzyłem głośno i poruszyłem palcami. Uratowałem małe czarne coś i poszedłem dalej.

A chwilę potem przyłapałem życie na gorącym uczynku. Samiec dzięcioła średniego siadł na samicy, w ustach pękł mi pączek szczytowy wierzby, a pod nogami dostrzegłem kwitnącą śledziennicę skrętolistną. Tak to się odbyło. Kopulacją średnich trwa niecałe dwie sekundy, więc łatwo było moment zmierzyć. A zaraz potem przyłapałem śmierć na gorącym uczynku: sóweczka, sowa mniejsza niż dłoń, taszczyła coś, co jeszcze żyło, do dziupli, pień dębu huknął pod moim ciężarem, a z wnętrza olbrzyma wybuchło próchno i pył, rozniósł się smród zgnilizny, bagna i rozkładu. I tak na zmianę, raz życiem po oczach, raz śmiercią w nozdrza, przez kilka tygodni tej dziwnej pracy. Można było szybko przywyknąć. Do tylu śmierci i żyć, do zjadania i rozmnażania. Każdej wiosny trzeba posiąść tę sztukę od nowa, sztukę obojętności na te śmierci i życia.

Kiedy w końcu wyjdzie się z olsu, widać, że żaden gatunek drzew nie powołuje miejsca w przestrzeni tak jednoznacznie jak stary świerk o obwisłych wiszarach, pod którymi można skryć się przed śniegiem i deszczem. Równać się z nim może tylko sędziwy dąb albo jesion, no może też co większe olchy na swych wysepkach wśród olsów. Pod świerkami jest sucho, że aż ciepło, podstawowa potrzeba zostaje zaspokojona natychmiast, jak w domu, można przeczytać mapę, wylać wodę z buta, wyjąć sobie kleszcza, a nawet usiąść na chwilę na suchym igliwiu. Spod świerka widać doskonale marcowy padający śnieg i widać też, że kiedy lecą te płatki, wszystko, co się dzieje, dzieje się dłużej, a wiele miejsc, to znaczy topografia, po prostu przestaje istnieć. Uczucie jest tak dojmujące, że trudno świerk porzucić, bo nie ma nic poza nim.

Pierwszy obraz tej wiosny – sikora bogatka,Parus major, polowała na latolistki cytrynki, żółte motyle z rodzajuGonepteryks. Skrzydła latolistka są żółte i – jeśli go schwytać i powąchać – rzeczywiście pachną cytryną, ale sikorze chodziło o materię. O substancję, o odwłok, tułów motyla, dognała go więc i trzymając w dziobie, zginęła w konarach gołych jeszcze olch. Z dzioba wystawały motyle skrzydła, ruszał się jeszcze, bo widać było w lornetce jak rusza się jeszcze. Poszedłem tam i nawet znalazłem jedno skrzydełko. Roztarłem i rzeczywiście zapachniało cytryną, tak jak kiedyś, kiedy odkryłem to pierwszy raz.

Skąd się wziął w tym olsie, otoczonym borem świerkowym? Cytrynki zimują przecież pomiędzy liśćmi, stąd nazwa latolistek, a może bardziej stąd, że zapadają nie tylko w sen zimowy, ale też w sen letni? Tak, tak – sen letni zwany estywacją, kiedy to zwalnia im metabolizm i po prostu siedzą sobie cicho między liśćmi, dając nam godny przykład wstrzemięźliwości i opanowania. Ale w zalanym wodą olsie liście gniją i jest mokro, gdzie miałby się cytrynek podziać? Może na suchych wysepkach wokół pni olch i jesionów? Może na zwalonych pniach? I na granicy, tak, na szerokiej granicy między olsem a świerczyną, takim pasie niewiadomo czego, nie-miejsca, gdzie niby-bór niby-ols, a pośród igieł w ubożuchnym runie leżą też liście olchy czarnej. Tam im dobrze. Ale co za zwyczaj: sen letni. Czasem motyle udają się nań do dziupli wykutych niegdyś przez dzięcioły.

Niewielelocusma tak pierwotny, archaiczny i niejasny charakter jak dziupla. Równać się z nią może tylko takie miejsce jak pochwa albo gniazdo, może kieszeń, wszystkie inne „miejsca” wydają się żenująco oczywiste i otwarte, osiągalne, opisane, wręcz trywialne. Dziupla łączy funkcje otworu, wejścia i miejsca, będąc i jednym, i drugim jednocześnie, wyraża jakiś archaiczny, ewolucyjny, paleologiczny, ontogenetyczny stosunek, z którego korzystają dzięcioły, sowy, pająki, owady, a wśród nich trzmiele i leśne pszczoły. I kiedyś my, na pewno my też. Kiedy spotyka się pnie złamanych dębów, już wydrążone z materii, obszerne jak cela więzienna, to staje się jasne, że kiedyś my też tak mieszkaliśmy. Bo kiedy już spotykasz pusty złamany dąb, to widać, jak biel na czarnym skrzydle, że oto znalazłeś schronienie przed czterema stronami świata, przez wschodem, zachodem, północą i południem, że to stare miejsce. Wchodziłem tam czasem i szukałem punktu, gdzie pięćset lat temu upadł żołądź, ale wydało mi się to zajęciem niepoważnym, z góry skazanym na niepowodzenie.

Szedłem znów skrajem olsu i świerczyny, słońce było wysoko, kiedy od krawędzi boru oderwał się ruch, duży, szybki, i poleciał za małym ruchem, spóźnionym i bezbronnym, po czym pierwszy ruch pochłonął ten mniejszy, zakrył go właściwie, ale przez to sam zwolnił i zgasł. Wszystko było blisko, ale tak szybko i kinetycznie, że nie widziałem ani jednego koloru, kształtu skrzydła nawet czy ptasiego ogona. Nie dało się słyszeć żadnego głosu. Długo, długo później przypomniałem sobie, że widziałem dzisiaj, jak krogulec zabił szpaka.

I że koniec, o czym zapominam bardzo łatwo, nie jest tylko pojęciem z geometrii przestrzennej.