Dylematy, diagnozy, wizje

Powrót imperium?

Jeszcze dekadę temu Turcja mogła uchodzić za „chorego człowieka”.

Podstawowe wskaźniki makroekonomiczne nie pozostawiały złudzeń. W 2001 roku deficyt finansów publicznych wyniósł 23,9%, PKB spadł o 5,7%, a dług publiczny sięgnął poziomu 77,9% PKB. Inflacja osiągnęła horrendalny poziom 56,8%. Na tym tle skala postępu, jaki osiągnięto w ostatnich latach, jest imponująca. Udało się to w stosunkowo krótkim czasie, szczególnie odkąd na czele rządu stanął w 2003 roku lider Partii Sprawiedliwości i Rozwoju – Recep Tayyip Erdoğan. Do 2011 roku zadłużenie zostało obniżone do 39,8% PKB, inflacja zdławiona do 6,5%, a deficyt zredukowany do poziomu –1,1%, co jest wynikiem marzeniem dla większości krajów UE. W okresie 2001–2011 nominalny PKB wzrósł z 218 do 585 miliarda dolarów. Świat z podziwem patrzy na turecką ekspansję, zadając sobie pytania: jakie są jej źródła, jakie są jej bariery i jakie granice? Turcja skupia uwagę politologów nie tylko z powodu swoich ekonomicznych sukcesów – po raz kolejny w historii objawiła się bowiem niezwykła waga strategicznego położenia tego kraju. Zadziałały synergicznie dwa czynniki: pierwszym był rozpad Związku Radzieckiego, a drugim – wzrost znaczenia polityki energetycznej, w tym dostępu do surowców. Należy pamiętać, że Turcja nie ma własnych źródeł energetycznych, poza zasobami wodnymi, i w 70% jest uzależniona od importu. Tradycyjnie głównym dostarczycielem energii był Związek Radziecki, a obecnie jest nim Rosja. Sytuacja zmieniła się po rozpadzie imperium radzieckiego, gdy nowymi sąsiadami Turcji stały się niezależne Gruzja i Armenia, a Azerbejdżan wyrósł na naftowo-gazowe potencjalne mocarstwo. Potencjalne – gdyż kraj ten musiał znaleźć nową drogę eksportu swoich bogactw, inną niż system rosyjskich rurociągów. W analogicznej sytuacji znalazł się pobratymczy Turkmenistan, dysponujący największymi rozpoznanymi złożami gazu na świecie. Nowa droga jest jedna – przez Gruzję i przez Turcję. Również Iran jest zainteresowany znalezieniem alternatywy dla cieśniny Ormuz. Szuka jej także Irak, którego największe złoża ropy znajdują się na północy kraju, przy tureckiej granicy na obszarze autonomii kurdyjskiej. Jeśli do opisu tej sytuacji dołączyć fakt, że przeprowadzenie rosyjskiego „South Streamu” wymaga dostępu do tureckich wód terytorialnych, to wyłania się klarowny obraz Turcji jako kluczowego kraju rozgrywającego przyszłość energetyczną Europy i Bliskiego Wschodu – kraju o niezwykłym znaczeniu dla najważniejszych producentów surowców energetycznych w rejonie. Turcja może z każdym negocjować, każdemu stawiać warunki i zapewniać sobie jednocześnie dostawy surowców na konkurencyjnych warunkach.
Jeszcze w 2012 roku, po trzech latach negocjacji, Turcja zgodziła się na tranzyt 10 miliardów metrów sześciennych azerskiego gazu rocznie do granicy z Bułgarią, a ponadto Baku zadeklarowało sprzedaż Turcji do 6 miliardów metrów sześciennych gazu do roku 2018, i to w cenach, które nie będą do tego czasu rewidowane. Kształt porozumień potwierdza kluczową i decydującą pozycję Turcji dla otwarcia tak zwanej czwartej drogi dostaw gazu do Unii Europejskiej; w najbardziej ambitnym wariancie koncepcja ta zakłada import około 60 miliardów metrów sześciennych gazu. Zagwarantowanie przez Turcję dodatkowych dostaw gazu po korzystnej cenie potwierdza jej silną pozycję wobec Azerbejdżanu, skazanego na sojusz z Ankarą ze względu na strategiczne interesy energetyczne i polityczne (sojusz w konflikcie z Armenią o Górski Karabach). Zarysowuje się więc scenariusz, w którym w przyszłości Turcja rozpocznie konkurencję z UE w sprawie importu azerskiego gazu, kiedy będzie wpływała na kształt południowego korytarza i walczyła o maksymalizację zysków z tranzytu gazu do UE.
Polityka energetyczna stała się także czynnikiem przełomu w relacjach z Kurdami. Ta rana na ciele Turcji (Kurdowie stanowią ok. 19% jej populacji) przestała krwawić, odkąd to Turcja właśnie stała się najlepszym patronem emancypacyjnego ruchu Kurdów w ramach federalnego państwa irackiego.
Upadek ZSRR otworzył dla Turcji drzwi do turkojęzycznych republik środkowej Azji, stworzył także szansę nowej obecności na Bałkanach. Turcja pragnie odgrywać tam rolę stabilizatora sytuacji. Wprawdzie szybkie uznanie Kosowa nadwyrężyło stosunki z najważniejszym państwem regionu – Serbią, ale Ankara potrafiła załagodzić sytuację, oferując Serbom ruch bezwizowy, umowę o wolnym handlu oraz inwestycje (budowa autostrady Novi Pazar–Tutin). Turecka dyplomacja skutecznie mediowała między Belgradem a władzami Bośni i Hercegowiny, inicjując trójstronne spotkania. Przyczyniła się także do rozwiązania konfliktu z zamieszkanym przez mniejszość muzułmańską serbskim Sandżakiem. To tylko wybrane przykłady aktywności w tym regionie.
Jeszcze poważniej Turcja angażuje się w sprawy republik środkowoazjatyckich. Premier Erdoğan był pierwszym szefem rządu, który przybył do Kirgistanu po obaleniu prezydenta Kurmanbeka Bakijewa. Zaoferował pomoc na drodze do demokratyzacji kraju oraz we wdrażaniu reform gospodarczych. Tu także Turcja zaoferowała ruch bezwizowy, stypendia i zapowiedź inwestycji, Ankara ma bowiem ambicję zaistnienia w Azji Centralnej nie tylko w sferze gospodarczej i edukacyjnej, lecz także politycznej. Co godne uwagi – postępuje ostrożnie, proponując rozszerzyć format spotkań o obecność premiera Rosji, co ma stanowić czytelny sygnał, że współpraca na przykład Kirgistanu i Turcji nie zagraża interesom Moskwy.
Intelektualną bazą polityki tureckiej jest koncepcja „strategicznej głębi”, sformułowana przez obecnego ministra spraw zagranicznych Ahmeta Davutoğlu. W książce pod takim tytułem rozwinął on teorię „głębi geograficznej” i „głębi historycznej”. Głębia geograficzna to podkreślenie, że Turcja jest jednocześnie państwem europejskim i azjatyckim, bliskowschodnim i kaukaskim. Nie jest jedynie starym krajem śródziemnomorskim. To kraj centralny, którego tożsamości nie da się zredukować do jednego obszaru geograficzno-kulturowego. Musi być zatem obecna na wielu kierunkach i prowadzić politykę wielowektorową. Oznacza to zmianę pozycji geopolitycznej. To już nie państwo buforowe, ale centrum nowego układu regionalnego. Nie bez racji analitycy mówią w tym kontekście o „neoosmanizmie”. Głębia historyczna to wezwanie, aby formułując politykę, brać pod uwagę historyczną odpowiedzialność Turcji wobec Bałkanów, Kaukazu i Bliskiego Wschodu. Oznacza także zaangażowanie w struktury regionalne, od Unii Europejskiej po Organizację Współpracy Islamskiej. Takie szerokie działania mają pozwolić państwu nad Bosforem uzyskać w 2023 roku, a więc w setną rocznicę utworzenia Republiki Turcji, statusu gracza globalnego.
Polityka strategicznej głębi ma być oparta na pięciu filarach. Pierwszy to równowaga pomiędzy demokracją a bezpieczeństwem, drugi to „zero” problemów z sąsiadami. Trzecim ma się stać nawiązywanie relacji z państwami sąsiednich stref wpływów, a kolejne to wielowektorowość polityki zagranicznej oraz szersze wykorzystywanie soft power.
Najwięcej wysiłku włożono w owo „zero” problemów z sąsiadami – poprzez starania poprawy relacji z Gruzją, Armenią, Cyprem, Syrią i Kurdami. Wydaje się jednak, że jesteśmy świadkami głębokiego załamania się planów Davutoğlu. Wojna domowa w Syrii, napięcia w relacjach z Izraelem, upadek popieranego przez Turcję rządu Muhammada Mursiego w Egipcie, kryzys cypryjski – wszystko to sprawia, że wokół Turcji nagle spiętrzyły się problemy. Mimo dysponowania ogromną armią musi prosić o pomoc militarną USA i NATO, aby zagwarantować sobie bezpieczeństwo.
Nie można jednak odmówić Turcji sukcesów w realizacji dyplomacji soft power. Ta kategoria opisu potencjału i roli poszczególnych państw zrobiła ogromną karierę. Co więcej, pojawiły się metody jej pomiaru. Warto wspomnieć dwie: pierwsza operuje wskaźnikiem tak zwanej globalnej obecności IEPG (Elcano Global Presence Index), sporządzanym przez Królewski Instytut Elcano w Madrycie. Globalna obecność państwa jest mierzona poprzez obecność militarną, gospodarczą oraz obecność miękką – przy czym ta ostatnia stanowi 45,95% w ujęciu statystycznym. Chodzi o znaczenie wizerunku i reputacji – obserwacji podlegają turystyka, migracja, sport, przepływy produktów kultury (filmy, piosenki, programy telewizyjne i radiowe, informacja – głównie internetowa), technologia, nauka, edukacja oraz oficjalna pomoc rozwojowa (ODA).
W rankingu za rok 2012 prowadzą USA, Niemcy i Wielka Brytania. Turcja zajmuje 27. miejsce (dla porównania Polska jest na 30. miejscu). Charakterystyczny jest jednak fakt, że we wszystkich latach wskaźnik soft power dla Turcji jest zdecydowanie lepszy niż jej ogólna pozycja. I tak dla przykładu w 2012 roku czynniki soft power dawały Turcji 18. miejsce wśród sześćdziesięciu analizowanych krajów, a w 2000 roku była to pozycja 12.
Drugą metodą oceny jest tak zwany indeks marki kraju (National Brand Index). Turcja zajmuje w tym porównaniu 45. pozycję, ale znalazła się na interesującej subliście „państw przyszłości”. Obejmuje ona piętnaście krajów o najlepszych rokowaniach co do ich przyszłości i Turcja zajmuje na niej 10. miejsce. Co istotne, należy podkreślić niezwykle szybki awans Turcji w całym rankingu, gdyż jeszcze w 2010 roku zajmowała ona miejsce 55. Pośród czynników, które zostały najwyżej ocenione jako budujące markę kraju, wymieniono: dziedzictwo i kulturę (19. miejsce) oraz turystykę (25. miejsce). Jako ciekawostkę można dodać, że wśród parametrów oceny walorów turystycznych najwyżej oceniono plaże.
Wizerunkowy sukces Turcji ma też oparcie w twardych danych ekonomicznych. World Economic Forum zaliczył Turcję do grupy dwudziestu jeden krajów w transformacji, a jej pozycja w globalnym indeksie konkurencyjności ulega w ostatnich latach ogromnej poprawie. Jeszcze w roku 2010/2011 była to pozycja 61., w 2011/2012 – 59., a w roku 2012/2013 – 43. (na 141 analizowanych państw). Turcja zdobyła punkty szczególnie w takich dziedzinach, jak wielkość rynku, intensywność lokalnej konkurencji i szybkość rozpoczynania biznesu. Wysoko także oceniono stan infrastruktury (51. pozycja). Przytaczam te statystyczne szczegóły, ponieważ sukcesy Turcji powoli zmieniają jej pozycję jako kandydata do członkostwa w UE. W 2013 roku Francja zniosła blokadę kluczowego rozdziału negocjacji dotyczącego polityki regionalnej. Kanclerz Niemiec Angela Merkel oświadczyła podczas ostatniej wizyty w Ankarze, że popiera kontynuację negocjacji, choć nie omieszkała zaznaczyć swojego sceptycyzmu co do idei pełnego członkostwa. Nie mogła jednak pominąć faktu, że Turcja to dziś jeden z najważniejszych partnerów handlowych Niemiec spoza UE, kraj budzący zainteresowanie niemieckiego biznesu, czego przykładem jest organizacja w tym roku niemiecko-tureckiego forum energetycznego. Nie zmienia to faktu, że negocjacje, formalnie rozpoczęte w 1987 roku, idą jak po grudzie; za oficjalnego kandydata uznano Turcję dopiero w 1999 roku na szczycie w Helsinkach. Z trzydziestu pięciu rozdziałów negocjacji zostało otwartych trzynaście, a tylko jeden zamknięty (nauka i badania naukowe). Dziś co najmniej trzynaście krajów zadeklarowało gotowość poparcia dla członkostwa Turcji w strukturach europejskich. Lista zdeklarowanych przeciwników liczy pięć państw. Pozyskanie szesnastej gospodarki świata byłoby niewątpliwie czynnikiem wzmacniającym siłę ekonomiczną Unii i hasło „odzyskać Bizancjum” brzmi atrakcyjnie, niemniej 1500 kilometrów granicy z krajami Bliskiego Wschodu, zagrożenie terroryzmem i wojny rozlewające się wokół Turcji na pewno nie sprzyjają poprawie perspektyw integracyjnych. Z drugiej zaś strony obecność Turcji pomijająca aspekt wyzwania cywilizacyjnego zmieniłaby całą strukturę i hierarchię sił wewnątrz Unii Europejskiej. Jedne kraje uznają taką możliwość zmian za korzystną (np. Polska), inne głęboko się jej obawiają. Czas i obraz cywilizacji Turcji przemawiają na rzecz jej członkostwa. Sukcesy republiki potrafiącej samodzielnie wejść na ścieżkę rozwojową i zdynamizować swoją gospodarkę w stopniu przypominającym rozwój Chin sprawiają, że Turcja z coraz mniejszą intensywnością spogląda na UE jako cel swojej polityki, widząc dla siebie szerszą i ambitniejszą rolę niż tylko członka europejskiej wspólnoty.