Narody i stereotypy

Nieznośnie wschodnia Polska

Polska to wschód, który próbuje od wschodu uciec. To wieczne stanie w korytarzu pomiędzy Wschodem a Zachodem wykształciło w Polakach swego rodzaju schizofrenię.

Wiemy doskonale, że nasz kulturowy krajobraz o wiele bardziej przypomina krajobraz Europy Wschodniej, ale – mimo wszystko – chcemy czuć się Zachodem. Co więcej, o naszej zachodniości przekonują nas badacze wszystkich cywilizacyjnych podziałów na świecie: od Konecznego po Huntingtona. Polska – łacińskoalfabetyczna, rzymskokatolicka, z rozwiązaniami państwowymi i administracyjnymi zapożyczanymi od Niemiec, Francji, Włoch, Rzymu – zawsze przypisywana była do jednej z wersji cywilizacji zachodniej. 

Wspaniale. I zachodni wybór geopolityczny Polski, dokonany przed tysiącem lat, był wyborem właściwym, tyle że tego tysiąca nie starczyło, by się na ów Zachód ze Wschodu przenieść. Bo Polska od zawsze stanowiła (i w wielkim stopniu nadal stanowi) coś w rodzaju cywilizacyjnego continuum raczej ze wschodem, a nie z zachodem kontynentu, a uskok cywilizacyjny i kulturowy pomiędzy Polską a Niemcami nadal jest jednym z największych na świecie, o skali podobnej do uskoku pomiędzy Izraelem a krajami arabskimi, USA i Meksykiem czy Skandynawią a Rosją (choć krajobraz kulturowy na tej ostatniej linii jest maksymalnie rozrzedzony).
Pytanie brzmi jednak: Co znaczy „wschód”? Co jest „wschodnie”? Brak instynktów wypracowanych w społeczeństwie nowoczesnym, przemysłowym i ich odbicia w przestrzeni publicznej? Słynne i nadużywane twierdzenie o przedkładaniu „emocjonalności” nad „rozum”? Rozpaczliwe nieogarnięcie polskiej, graniczącej z uładzonymi Niemcami przestrzeni tłumaczy się różnie: rozbiciem więzów społecznych przez wojnę, wysiedleniami i wypaczeniami socjalizmu, poczuciem tymczasowości na ziemiach, na które w każdej chwili może wrócić Niemiec – ale rzadko Polacy skłonni są przyznać, że w gruncie rzeczy chodzi o najzwyklejszą nieumiejętność korzystania z urządzeń stworzonych przez bardziej cywilizacyjnie wyrobionych sąsiadów. Bo oczywiście można uważać, że wszystkie kultury są równe, że zabłocona, drewniana wschodnia wieś nie jest w żaden sposób gorsza niż brukowana, czerwonoceglana wieś zachodnia, tyle że świat ma tendencję raczej do brukowania błotnistych ulic, a nie do ubłacania bruku. Czym więc jest „wschodniość”? Barbarzyńskością? Brakiem wyrafinowania? Brakiem dystansu do siebie? Niedojrzałością? Bo jeśli wyliczamy „wschodnie” cechy, z których Wschód bywa dumny, a których – według niego nie ma na Zachodzie – to o czym zazwyczaj jest mowa? O owej słynnej „wschodniej gościnności”? Cesze, którą przywołuje się, gdy już zupełnie nie ma się czym pochwalić? Żenującym argumencie o „urodzie Słowianek”? O „wschodnim braku fałszu”, który często jest po prostu ordynarną bezpośredniością, niegrzecznością i obcesowością?
Co więcej, można odnieść wrażenie, że Polska „uwschodniła” nawet swoje zachodnie atrybuty. Że zachodnia religia, która rozpowszechniła się w Polsce, nie ma w sobie wiele z zachodniego dystansu do siebie i dialogowości: polski Kościół katolicki wykazuje cechy przypisywane tradycyjnie Wschodowi: jest autorytarny (by nie rzec – satrapiczny), traktuje „owieczki” jak barany i nie odnosi się do nich „zachodnio”, czyli jak do społeczności, z którą konsultuje się rozwiązania, tylko jak do masy, której rozwiązania się narzuca. Polski kler w większości hołduje ciemnogrodzkim mitom i teoriom spiskowym, wystarczy włączyć Radio Maryja czy posłuchać zastępów proboszczy w całym kraju. Polski katolicyzm od pozycji protestanckiego kaznodziei, który po nabożeństwie jak równy z równym idzie z wiernymi sprzątać cmentarz, czy choćby katolickiego księdza włoskiego, który po mszy stoi pod kościołem i ściska wiernym dłonie, dziękując, że przyszli na mszę – woli pozycję księdza dobrodzieja, niepodważalnego autorytetu, bliższą pozycji kapłana prawosławnego, przyzwyczajonego do potakiwania, a nie do dialogu równego z równym.
Polskie urzędy, od początku polskiej pochrześcijańskiej państwowości konstruowane przecież na wzór rozwiązań zachodnich (będące już więc polskimi tradycyjnymi urzędami, bo nie pamiętamy własnej przedchrześcijańskiej tradycji – wytrzebiono nam ją z pamięci), są również małymi satrapiami, w których przedstawiciele ludu służą swoim społecznościom wyłącznie teoretycznie: skandynawski urzędnik działający w imię dobra publicznego w świecie polskich urzędasów byłby uważany za pięknoducha i frajera. Policja również służy i chroni głównie teoretycznie, a w rzeczywistości lekceważy „zachodnie” zasady, które powinny być wdrukowane w jej kodeks postępowania: nagminnie nadużywa władzy, rzadko stosuje zasadę domniemania niewinności, czepia się zachowań niestanowiących żadnego zagrożenia dla porządku publicznego, lecz stojącego w teoretycznej sprzeczności z tępą literą prawa. I tak dalej: rządzący państwem tylko teoretycznie przestrzegają zachodniej zasady checks and balances, a opozycja jedynie teoretycznie walczy o „wolność”, pod jej sztandarem domagając się „prawa” do wprowadzenia większego zamordyzmu i nietolerancji.
Gadanina o tym, że Polska jest Wschodem Zachodu i Zachodem Wschodu już nie tyle trąci banałem, ile nim śmierdzi. Bo trudno nie odnieść wrażenia, że jesteśmy zwykłym, ordynarnym Wschodem, tyle że w zachodnim opakowaniu.
Owszem, mamy więcej szczęścia niż „właściwy” Wschód, europejski wschód „idealny”, czyli Rosja: naszą gospodarką nie rządzą półmafijne, oligarchiczne struktury, przynajmniej do pewnego poziomu. Demokracja u nas działa, politycy, urzędnicy i policja są, jacy są, niemniej do pewnego stopnia są kontrolowalni. Nikt nie zamyka gazet, portali ani telewizji. Można mówić i pisać, co się chce. Prawa obywatela nie są wyłącznie fasadą – jak na Wschodzie. Istnieje w Polsce debata publiczna, której znaczna część jest hejterska, stygmatyzująca, wrzaskliwa i tępa, ale która czasem, zdarza się i tak, porządkuje polską przestrzeń.
I ten nasz mozolny marsz na Zachód, to nasze tysiącletnie ciągnięcie kapitału symbolicznego z tej właśnie części Europy, sprawia, że rościmy sobie prawo do czucia się lepszymi od tej części wschodu Europy, której marsz na Zachód jest jeszcze bardziej mozolny. Tak, tak – bo cały Wschód maszeruje na Zachód. Tego marszu na pierwszy rzut oka nie widać: Ukraina dzieli się na naszych oczach na dwie części, Białoruś zastygła w poradzieckim kołchozie, Rosja krzepnie w tym, w czym krzepła I Rzeczpospolita – w fałszywej surowcowej potęgowości gospodarczej i w niczym nieuzasadnionym samozadowoleniu, które nie jest podbudowane strukturalną stabilnością – ale wszystkie te „wschody idealne” również ciągną w gruncie rzeczy na Zachód. Bo – proszę wybaczyć – co jest na Wschodzie wschodniego poza tymi „barbarzyńskimi” przymiotami Wschodu, które przed chwilą przywoływałem w polskim kontekście? Z czego wschód Europy jest dumny? Z czego dumna jest Ruś? Czy nie przypadkiem ze swoich miast zbudowanych na wzór miast zachodnich? Czy nie ze swoich pisarzy, którzy nie mogliby pisać tak, jak piszą, gdyby nie wpływy Zachodu? Czy nie ze „złotej” carskiej epoki, kiedy cała elita snobowała się na francuszczyznę? Czy ZSRR, z którego wschód Europy, nie oszukujmy się, również jest dumny – nie był przypadkiem rozpaczliwym usiłowaniem zmiany reguł gry i „prześcignięcia” Zachodu na skróty, poprzez ustawienie nowej poprzeczki cywilizacyjnej i próby skłonienia Zachodu, by to teraz on gonił Wschód, a nie odwrotnie? Wschód skamle za Zachodem, nawet jeśli deklaratywnie go nienawidzi, ale motyw Hassliebe w tej relacji jest więcej niż oczywisty. Wschód od wieków kopiuje zachodnie rozwiązania społeczne, cywilizacyjne i administracyjne, ale robi to nieudolnie. I tak na przykład „zachodnia” w założeniu praworządność zamieniła się w Rosji w uciążliwą i absurdalną do skrajności biurokrację, „zachodnia” demokracja jest tam fasadą przykrywającą system rządów nadzwyczaj przypominających feudalizm, bo polegających na brutalnym realizowaniu krótkowzrocznych interesów nowych udzielnych ruskich kniaziów-oligarchów, hołdujących carowi-prezydentowi.
To nie Zachód robi sobie rusoremont, tylko Wschód – euroremonty. To na Zachód masowo latają Rosjanie z kapitałem, a nie odwrotnie: kiedy jeden z zamożnych ludzi Zachodu Gerard Depardieu zdecydował się osiedlić w Rosji, cały świat ocenił, że albo jego cynizm osiągnął szczyty niebotyczne, albo aktor oszalał. Nie, Rosja nie chce być Wschodem, źle się czuje w swojej wschodniości i jej nie lubi, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z własnej odrębności, wie, że taka oto jest cena bycia osobnym ośrodkiem cywilizacyjnym. Nie może położyć się na grzbiecie, brzuchem do góry, i czekać, aż inny ośrodek ją dorżnie – jest zbyt dumna, by poddać się i ulec w sposób oczywisty, przyznać: tak, jesteśmy beznadziejni, nic nam nie wychodzi, przegrywamy nawet z własną publiczną przestrzenią, dawajcie, nauczcie nas, jak być Zachodem. Tym bardziej, że dwadzieścia lat temu wydarzyło się coś w tym właśnie guście i do tej pory jest to dla Rosji gigantyczną traumą. Słowem – Rosja, czyli „idealny” wschód Europy, nie może – jak widać – zrobić tego co my: w jawny sposób odrzucić swej wschodniości, nawet jeśli nie bardzo wie, czym ona jest. I trochę kręci się z tą wschodniością w kółko: z jednej strony, żeby w ogóle w jakikolwiek sposób zrozumieć samą siebie, lepi takie cuda jak Aleksandr Dugin z jego eurazjatycką przerażającą utopią, antyjednostkową i tyrańską, a z drugiej – utrzymuje, quasi-ironicznie (bo co ma robić), własny „wschodni” wizerunek: podkreśla swoją wódczaną kulturę, wybija w popkulturze nawalonych mużyków na drewnianej gubince, rozwalających się starymi ładami po błotnistych drogach. Owszem, Amerykanie robią to samo ze swoimi hillbilliesami, ale oni zdają sobie sprawę, że jest to margines amerykańskości. A co pozostaje współczesnej Rosji? Rosja może opiewać styl życia klasy średniej, ale ta – ledwie powstała – chce zniesienia wiz na Zachód, bo w swojej rozwłóczonej rzeczywistości źle się czuje. Może opiewać tę właśnie rzeczywistość, ale o ile codzienne życie na Zachodzie cechuje – jednak – rodzaj nieznośnej jego lekkości, to na Wschodzie raczej odwrotnie: codzienność jest po prostu nieprzyjemna i nikt nie ma nawet siły udawać, że jest inaczej.
Nie, nie mówię, że to źle, że Rosja patrzy na siebie z dystansem i świadomie bawi się ze stereotypowym spojrzeniem na samą siebie, przeciwnie – to bardzo dobrze. Zauważam jedynie, że to w pewnym sensie zabieg desperacki, bo trudno powiedzieć, co więcej Rosja z tej swojej wschodniości potrafi wyabstrahować. I generalnie ze wschodniością jest jak z piciem wódki: niby się ją na Wschodzie pije, a nawet podkreśla, jakie to jest wschodnie i cool, ale najbardziej lubimy ją zmrożoną, żeby nie czuć jej smaku, bo ten jest – w gruncie rzeczy – paskudny. Tyle że sam Wschód nie chce tego przyznać, a Polacy – „zdrajcy Wschodu” – ten fakt po prostu przemilczają. I gardzą wschodniością, próbując od niej uciec, z podziwu godną umiejętnością niedostrzegania jej u siebie, choć jest to, by pójść za anglosaskim przysłowiem, niedostrzeganie słonia stojącego na środku pokoju. A w najlepszym razie Polacy owszem, widzą słonia, lecz udają, że nie mają pojęcia, skąd się wziął. I czasem tylko włączy im się jakiś przebłysk „słowiańskości” w stylu piosenki Hej, Słowianie niejakiego Donatana, w którym podmiot liryczny cieszy się, że Słowianie są tak znakomici, że z Zachodu przyjeżdżają do nas panowie szukać sobie „idealnych żon”, ale szybko wszystkim robi się wstyd i przykro i cała wrzawa milknie. A my naszą potrzebę poszukiwania słowiańskości przerzucamy w rejony, gdzie jest ona cieplejsza, przyjemniejsza i bardziej atrakcyjna: na południe, na Bałkany. I podrygujemy do Bregovicia i Bałkanicy. Bo co mamy robić.