Timothy Snyder, "Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie"

Przeł. Bartłomiej Pietrzyk
Znak, Kraków 2015

Poprzednia autorska książka Timothy’ego Snydera, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem (wyd. pol. 2011), opisując panoramicznie masowe mordowanie, do jakiego doszło w Europie Wschodniej w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku, dobitnie zwracała uwagę na lukę – bądź przesunięcie – we współczesnej pamięci o drugiej wojnie światowej: koncentrację na figurze obozu koncentracyjnego przy braku uwagi zwracanej na „Holokaust od kul”, choć już sama liczba ofiar egzekucji, ludobójstw i czystek poza obozami nakazywałaby przekierować te wektory. Punkt wyjścia Czarnej ziemi, w której historyk skupia się na Zagładzie – jej analizie i, by tak rzec, interpretacji – jest dość podobny: to zespół intuicyjnych przekonań, które w rzeczywistości okazują się uproszczeniami, wygodnymi błędami, wręcz asekuranckimi rozstrzygnięciami, za pomocą których współcześni pamiętający idą – idziemy! – na łatwiznę.
„Kojarzymy Holokaust z ideologią nazistowską, zapominając jednak, że wielu zabójców nie było nazistami ani nawet Niemcami. Najpierw myślimy o niemieckich Żydach, choć niemal wszyscy przedstawiciele tego narodu, którzy zginęli w Holokauście, żyli poza Rzeszą. Wskazujemy na obozy koncentracyjne, mimo że niewielu zamordowanych Żydów kiedykolwiek przekroczyło ich bramy” (s. 12) – zaczyna Snyder.
Jego zamiarem nie jest jednak tylko prostowanie tych konwencjonalnych błędów.
Zamiar ten w powyższym cytacie reprezentuje forma „my”, precyzująca, do kogo skierowane jest „ostrzeżenie” z odrobinę pompatycznego tytułu książki. Snydera interesuje historia uteraźniejszona – jej osiągnięcia poznawcze i moralne (czyli upamiętnienie) sankcjonuje ich aspekt polityczny, odniesienie do „naszego świata” (taki tytuł nosi ostatni rozdział książki). Snyder zadaje przeszłości bardzo proste i konkretne pytania: jak można było ich zabić? Nie chodzi tu o zadumę nad okrucieństwem i irracjonalnością morderczych planów, ale także, a właściwie przede wszystkim, o logikę i technikę: co się musiało stać, żeby umożliwić Zagładę? A potem: co się musiało stać, żeby ta możliwość się zrealizowała? A potem, kiedy już wiemy, jak można było ich zabić, według tej samej procedury: jak dało się ich ratować? I znowu, to nie jest natchnione pytanie o to, jak zostać bohaterem, Sprawiedliwym, ludzkim w nieludzkich warunkach i tak dalej – bo Snyderowi chodzi o to, żeby historię potraktować poważnie, pragmatycznie i politycznie. Oczywiście, że Zagłada może się powtórzyć. Nie jest efektem niezrozumiałego szaleństwa ani metafizycznym, irracjonalnym złem. Ideologia Hitlera była spójna, aktorzy historii realizowali cele kompleksowe, nazistowskie koncepcje i przedsięwzięcia nie były złą magią, ale funkcjonowały w określony, dający się zrozumieć sposób. Dlatego temu, co może się powtórzyć, można też zapobiec.
Snyder w dwunastu rozdziałach Czarnej ziemi przenosi się płynnie między rozmaitymi rejestrami pisarstwa historycznego, z analizy dokumentów wyprowadza światopogląd Hitlera, rekonstruuje przebiegi kontaktów dyplomatycznych między państwami, wydobywa dalekosiężne cele i podskórne założenia polityk; korzysta z danych w makroskalach, wyprowadza teoretyczne modele, pyta o warunki możliwości określonych sytuacji, formułuje prawidła – a jednocześnie sięga do mikrohistorii, do jednostkowych świadectw, a w ich ramach do pojedynczych obrazów czy słów, którym również nadaje moc wyjaśniającą (niekiedy zresztą rzuca przy tym zaskakujące i nie najlepsze, przynajmniej w polskim przekładzie, metafory, jak „ratunek w odcieniach szarości”, s. 349, czy „prywatna choreografia ciepła i bezpieczeństwa”, s. 403). W efekcie podobnie mozaikowa okazuje się struktura całego tekstu: eseistyczny wywód Snydera (większość cytatów z fachowych źródeł historycznych została przeniesiona do obszernych przypisów) inkrustują swego rodzaju zbliżenia na losy konkretnych postaci, które doświadczyły konieczności odnalezienia się w sytuacjach zakreślonych przez na pozór abstrakcyjne polityczne siły i intencje.
Jądrem argumentacji Snydera jest teza o koniecznym związku między kolejnymi wydarzeniami składającymi się na to, co dziś określamy jednym słowem „Zagłada”, a destrukcją państw – instytucji, które „idee wzajemności czyniły wiarygodnymi” (s. 413). Ich zniszczenie jest nie tylko warunkiem możliwości Zagłady: Snyder wylicza, jak większy stopień destrukcji państwa przekładał się na zwiększenie liczby ofiar, odnajdując w tym parametrze wytłumaczenie, dlaczego na przykład „holenderski lub grecki Żyd był trzykrotnie bardziej narażony na mord niż francuski” (s. 318). Wypracowuje więc formułę, w myśl której Zagłada wydarza się w „dziurze po państwie” (rekonstruując też sposoby niszczenia go), gdzie ratunek nieść mogą instytucje parapaństwowe (jak na przykład dyplomaci czy przedstawiciele wspólnot). Gdy tych również brakuje, jedyną szansą ocalenia staje się moralna decyzja pojedynczego człowieka pozbawionego wsparcia konwencjonalnej społecznej struktury – o którą trudno. Punktem dojścia rozumowania Snydera są więc uteoretycznione konstrukty o charakterze formuł, praw, wytwarzane jednak przez szeregowanie, przestawianie, zderzanie – czyli interpretację – faktów historycznych.
I nawet jeśli te interpretacje nie zawsze wydają się nieodparte, już w ich upartym przeprowadzaniu zawiera się jeden z najbardziej pouczających, a nawet odkrywczych aspektów Czarnej ziemi, zwłaszcza w kontekście ponurego „szkolnego” (oby to określenie było dla szkół krzywdzące) myślenia o przeszłości. Historia musi – a nawet może – być działalnością rozumiejącą; nie może być ani szeregowaniem powierzchownie widzianych faktów, ani tworzeniem z anegdot wygodnych, wszystko tłumaczących mitów.

Maria Kobielska