Recenzja książki Sachy Batthyany'ego „A co ja mam z tym wspólnego?”

Umożliwiły one ucieczkę sprawcom, a hrabinie wraz z mężem idylliczne życie w powojennej Szwajcarii. W samej miejscowości zapanowała zmowa milczenia, potęgowana przez niejasne okoliczności śmierci dwóch ostatnich świadków tamtych wydarzeń. O austriackiej amnezji pisał w swojej ostatniej książceTopografia pamięciMartin Pollack, sztukę o Rechnitz stworzyła noblistka Elfriede Jelinek, temat rozliczeń powrócił też w eseistycznej książce tłumaczki Moniki MuskałyMiędzy placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia – między innymi w rozmowie z Jelinek. Literackim dopełnieniem tej demaskatorskiej bibliografii jest książka Sachy Batthyanyego: to jego babka stryjeczna zorganizowała raut na zamku, a po wojnie zajmowała się głównie kolekcjonowaniem obrazów do posiadłości nad jeziorem Lugano i polowaniami. Zmarła w 1989 roku hrabina w pamięci autora zapisała się głównie jako posiadaczka „jaszczurzego” języka.

Batthyany jest szwajcarskim dziennikarzem. Jego dziadek ze strony ojca, brat Ivana von Batthyányego, spędził dziesięć lat w Gułagu. Przez ten czas czekała na niego żona Maritta, dorastająca we dworze, który po wojnie został odebrany rodzinie razem z ziemią. Rok po powrocie dziadka ze Związku Radzieckiego rodzina uciekła do Szwajcarii, gdzie dzięki wsparciu Margit, córki Heinricha Thyssena z rodziny wielkich niemieckich przemysłowców, udało im się osiąść i znaleźć pracę. Tam na świat przyszedł Sacha: jego rodzice po latach wrócili do Budapesztu, ojciec mógł tam spokojnie tęsknić za wielkimi Węgrami sprzed traktatu w Trianon. Dziennikarz nie interesował się przeszłością rodziny, a informację o zbrodni w Rechnitz uzyskał przypadkiem. Stała się ona dla niego okazją z jednej strony do rekonstrukcji rodzinnej historii i odbudowana relacji z wycofanym ojcem, a z drugiej do ukonstytuowania własnego bytu w świecie, który szczególnie w Szwajcarii jest aseptyczny i ahistoryczny. Na początku szwajcarski dziennikarz „chciał się dowiedzieć, co się wtedy naprawdę stało”, jednak im głębiej zapuszczał się w dzieje swoich przodków, a zwłaszcza im lepiej poznawał historię z perspektywy babki, której biograficzne zapiski wbrew jej woli nie zostały spalone, tym więcej pytań rodziło się w jego głowie. Dziennikarskie śledztwo zamieniało się stopniowo w ostentacyjną psychoterapię z udziałem ćmiącego fajkę lekarza i poszukiwanie odpowiedzi na tytułowe pytanie zadane autorowi przez pisarza Maxima Billera. Wraz ze zmianą narracyjnych pryncypiów zmienia się też forma książki: reporterskie zapiski są stopniowo uzupełniane fragmentami dziennika babki, która nigdy sobie nie wybaczyła, że nie podjęła próby ocalenia państwa Mandlów oraz Agnes, ich córki; wgląd w zmieniającą się świadomość Sachy dają też fragmenty jego rozmów z terapeutą, u którego próbuje zrekonstruować wpływ rodzinnej historii na własną osobowość, a nieco sztucznej dramaturgii dodają rozmowy fikcyjnych katów: niemieckiego żołnierza, który miał zabić żydowskich sklepikarzy na podwórzu zameczku, oraz Rosjanina skazującego dziadka Sachy na kolejne dni izolatki w Gułagu. Całość spina relacja z podróży autora do Argentyny, gdzie spotyka się nie tylko z Agnes, ale także z jej wnuczką, która podobnie jak on próbuje wyzwolić się z odziedziczonej traumy Holocaustu, i robi to poprzez sztukę. Rodzi się między nimi naturalna, spontaniczna więź, jaka może łączyć tylko ludzi dzielących wspólną traumę.

Kolejne spotkania rodzą coraz więcej pytań i oddalają Sachę od bankietu w Rechnitz: skoro nie można się dowiedzieć, czy Margit von Batthyaány rzeczywiście strzelała do robotników, czy „tylko” bawiła się z nazistami, należy zadać inne pytania, ale przede wszystkim nie odcinać się od przeszłości. Sacha próbuje rozbić mur milczenia zbudowany wokół roli jego rodziny w wydarzeniach końca wojny, ale samo podążanie śladami prawdy nie wystarcza: ostatecznie musi postawić się na miejscu swojej babki i odpowiedzieć na pytanie, czy sam potrafiłby zaprotestować. Martin Pollack w Topografii pamięcipisał, że „upiorom przeszłości możemy tylko wyjść naprzeciw z bezgraniczną otwartością. Wszelka próba pozbycia się ich poprzez milczenie, odwracanie głowy, zatykanie uszu skazana jest niechybnie na porażkę”. Batthyany wykonuje pracę, o której wykonaniu zapomniało niemal całe austriackie społeczeństwo, i nie znajduje spokoju ani zrozumienia. Oddając jednak głos ofiarom po obu stronach barykady, próbuje powiedzieć nam coś bardzo istotnego o współczesności, o dziedziczeniu strachu i wypartych traumach. Jego książka to żywy dowód na to, że każda rodzina w naszej części świata ma własną „kłopotliwą spuściznę”, przekazywaną nie zawsze świadomie z pokolenia na pokolenie. 

Bartosz Sadulski, "Herito", nt 29, s. 176-177. 

Sacha Batthyany

A co ja mam z tym wspólnego?

Przeł. Emilia Bielicka

Czytelnik, Warszawa 2017

http://www.czytelnik.pl/