Michael Booth, "Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych"

Przeł. Barbara Gutowska-Nowak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Kraków 2015

Książka Michaela Bootha, mimo że w Polsce opublikowana została przez oficynę Uniwersytetu Jagiellońskiego, wcale nie przedstawia akademickiego wywodu ani nie zawiera aparatu naukowego i systematycznej bibliografii. Przypisy w niej, co do jednego, pochodzą od tłumaczki i mają charakter wyjaśniający i krajoznawczy. W pierwszej chwili można by pomyśleć, że mamy do czynienia z przypadkiem zawierania kompromisu z rynkiem przez wydawcę akademickiego. Z rynkiem, który ceni literaturę popularno-naukową, ale z naciskiem na pierwszy człon tego określenia. Albo z próbą szybkiego wypełnienia białych plam w krajowej wiedzy o Północy, na zasadzie „na bezrybiu i rak ryba”. Rzeczywiście polska literatura nordystyczna wymaga pilnych uzupełnień i odświeżenia. W bibliotekach publicznych i wielu księgarniach półkę skandynawską zazwyczaj zajmują jedynie modne serie kryminałów. Publikacja książki Bootha załatwia zaś wiele za jednym zamachem, gdyż autor charakteryzuje aż pięć północnych społeczeństw: Danii, Islandii, Norwegii, Finlandio i Szwecji; w oryginale rzecz ukazała się zaledwie rok temu! Abstrahując od własnego zawodowego pompierstwa, pragnę stwierdzić, że jest to książka kompetentna, przemyślana i naprawdę potrzebna. Nie sposób doszukać się w niej intelektualnego szachrajstwa. Na osobną pochwałę zasługuje również sprawny przekład Barbary Gutowskiej-Nowak.
Współcześni badacze literatury, zwłaszcza uprawiający genologię, mają kłopot, gdyż często muszą się borykać ze zmąceniem gatunków. Powstają powieści znakomicie udające literaturę faktu, biografie będące raczej socjologicznymi dokumentami i narzędziami kontroli w świetle teorii dyskursu oraz reportaże o wyraźnym wychyleniu etnograficznym. Na tym korzysta jednocześnie kulturoznawstwo: dzięki blurred genresprzybywa artykulacji postaw kulturowych, źródeł wiedzy o inności i tekstów zaangażowanych w dialog kultur. Booth jest brytyjskim reportażystą, publicystą między innymi „The Independent” i „Time Out”, a wydana przez WUJ książka sytuuje się w kręgu książek dziennikarskich o niewątpliwych walorach antropologicznych i socjologicznych. U nas nurt ten reprezentują ostatnio reportaże Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego (Cztery zachodnie staruchy; Krasnojarsk zero). Jak łatwo wydedukować z tekstu, Booth założył w Danii rodzinę i stamtąd – przez Most Sundzki i szwedzkie Malmö – wyruszał na coraz dalsze eksploracje Północy, na śródatlantycką wyspę Islandię czy do Sápmi (niepoprawnie politycznie: Laponii).
Znajduję trzy argumenty za uplasowaniem Skandynawskiego raju wśród dziennikarskiej antropologii. Po pierwsze, Boothowi nieobca jest „triangulacja metod” lub po prostu wielość punktów widzenia; płynnie porusza się między własną obserwacją uczestniczącą (podczas Bożego Narodzenia w Danii, święta raków w Szwecji, „życia pod chmurką” w Norwegii czy wizyty w miasteczku św. Mikołaja w Finlandii), heurystycznie przeprowadzonymi wywiadami dziennikarskimi z nordyckimi politykami i badaczami społecznymi, lekturą kanonu skandynawoznawczego (przeczytał m.in. prace Richarda Jenkinsa, Åke Dauna, Richarda D. Lewisa, Jeana Phillipsa-Martinssona). Wszystko to okraszone trafnymi odniesieniami do dzieł literatury pięknej, filmów fabularnych i seriali. Po wtóre, nie waha się zastosować czegoś w rodzaju eksperymentu etnometodologicznego na wzór Harolda Garfinkla, gdy podstępnie zmusza przypadkowo spotkanych Szwedów do wspólnej przejażdżki windą, chcąc stereotypom powiedzieć „sprawdzam” i zbadać szwedzką awersję do konwersacji i drętwotę interakcyjną (stereotyp okazuje się adekwatny!). Po trzecie, lektura książki zostawia czytelnika z wrażeniem, że autor nie należy do wścibskich, nazbyt przebojowych właścicieli legitymacji prasowej, bliżej mu do dyskretnie podpatrujących ludzkie zachowania i słabostki antropologów codzienności; gdy zadaje Skandynawom niewygodne dla nich pytania, dotyka wymownie aparatu fotograficznego – ot, kamuflaż badacza terenowego. W rezultacie połączenia tych trzech elementów Booth skutecznie przebija się przez powierzchnię zjawisk i dociera do clou. Wobec każdego kraju nordyckiego może sformułować mocną tezę: duńskie społeczeństwo spaja siła stu tysięcy lokalnych i ogólnokrajowych stowarzyszeń, Szwedzi stanowią kulturę wysokiego kontekstu i dobrowolnej kolektywnej powściągliwości, Islandia zaszkodziła sobie będąc nazbyt nordycką enklawą, jej silne, wręcz gęste więzi społeczne wokół spektakularnego bankructwa w 2008 roku zaczęły oddziaływać demoralizująco na sektory finansowy i publiczny.
„Aby osiągnąć swój obecny błogostan, Duńczycy musieli znosić straszliwą traumę, upokorzenie i stratę. Do czasu, ma się rozumieć, aż pojawił się bekon i uratował im tyłki” – tak Booth kwituje duńską historię społeczną. Norbert Elias, Jerzy Jedlicki i Grażyna Szelągowska z pewnością zgodziliby się z tą tezą, wszakże wyrażali ją sami w sposób odpowiedni dla zacnych profesorów. Dziennikarzowi Boothowi trzeba wybaczyć buńczuczność i pamiętać, że nolens volens jego książka musi zahaczać o koleinę, w której książka Tony`ego Griffithsa utkwiła całkowicie (z przypisu tłumaczki nie wynika, że istnieje jej polskie wydanie: Skandynawia. Wojna z trollami. Historia, kultura, artyści od czasów Napoleona do Stiega Larssona, tłum. Bożena Gadomska, Warszawa 2011). Koleina ta wiąże się z eksploatowaniem osobliwości skandynawskich, lekkim przywoływaniem faktoidów (informacji pozytywnie weryfikowanych wyłącznie przez fakt opublikowania w mediach) i używaniem ironii, będącej zresztą silną tendencją w historiografii anglosaskiej. To trzecie akurat – ironizowanie – w niemałym stopniu koresponduje ze skandynawską mentalnością i animozjami wewnątrz Norden. W Szwecji „zanim gospodarz poprosi o zajęcie miejsc przy stole, można bez obaw pytać o wysokość zarobków i wykształcenie, warto także jasno określić swój stosunek do tych rasistowskich Duńczyków, czym natychmiast zaskarbimy sobie sympatię naszych szwedzkich gospodarzy”.
Merytoryczną przewagę Bootha – czy to nad Wojną z trollami, czy tym bardziej książeczkami z serii „Poradnik Ksenofoba” – potwierdza już podtytuł książki w oryginale: Behind the Myth of the Scandinavian Utopia.Autor mocno akcentuje i stara się rozumieć okoliczność funkcjonowania zewnętrznego obrazu krajów i społeczeństw nordyckich między dwoma biegunami: konserwatywną i liberalną krytyką społecznych absurdów i ekonomicznej irracjonalności modelu państwa opiekuńczego a lewicowymi pochwałami systemu podatkowego i progresywności obyczajowej. Co pokazuje, że lektura Skandynawskiego raju może, a nawet powinna przebiegać z uwzględnieniem kontekstu lokalnego – zapomnijmy o Boocie jako piszącym po angielsku ironiście. Bo także w Polsce ocieramy się o wskazywaną przezeń dwubiegunowość opinii, żeby nie powiedzieć klincz utopii i dysutopii. Modne kryminały stwarzają wrażenie Północy jako wylęgarni zbrodni i patologii moralnych, węzła globalnych sieci przestępczych, podczas gdy prasa turystyczna chwali bezpieczeństwo w skandynawskich przestrzeniach publicznych. Z jednej strony, na przykład w kampanii wyborczej do sejmu, spotykamy się z laurkami dla skandynawskich wzorów progresji podatkowej, a z drugiej – w kinie oglądamy Obce niebo, historię nieuzasadnionego odebrania dziecka polskiej rodzinie imigranckiej przez szwedzką opiekę społeczną. Film Dariusza Gajewskiego, co prawda oparty na tak zwanych faktach autentycznych, jednakże buduje swój przekaz na jednostronności; wkradło się doń wiele przejaskrawień. Booth, mimo swojej swady, unika ich i waży oceny: o służbie zdrowia czy spisywaniu się skandynawskich instytucji opiekuńczych w praktyce można by powiedzieć tyle samo dobrego, co wstydliwego. Potwierdzają to przytaczane fakty z życia samego autora, nie wyłączając odprawienia z kwitkiem przez pogotowie dziecka z uszkodzoną gałką oczną.

Skandynawskie eldorado bywa bardziej potrzebne tym, którzy żyją na Kontynencie, niźli Wikingom przemienionym w chłopów.

Włodzimierz Pessel