Mateusz Marczewski, Koliste jeziora Białorusi

W okolicach białoruskiego Połocka leży bez mała kilkadziesiąt akwenów wodnych o regularnym, okrągłym kształcie. To święte jeziora, otoczone mistyczną aurą miejsca kultu pogańskiego plemienia Krywiczów, które zajmowało te tereny we wczesnym średniowieczu. Koło symbolizowało dla nich zamknięty cykl wędrówki dusz, odrodzenia i wiecznego trwania, stąd też swoje świątynie zwykle organizowali na planie okręgu. Jeziora traktowano jako ich naturalne prefiguracje. Koliste tafle wody niczym okna, w których można było dojrzeć przyszłość, stanowiły wówczas punkty załamania linearnej struktury czasu. Kilka wieków później, gdy chrześcijaństwo już na dobre rozgościło się na Białorusi, koliste jeziora nie straciły swojego wyjątkowego statusu, aczkolwiek zmieniła się ich funkcja. Od tej pory, jeśli przyjrzeć się bliżej, to z wodnej toni miały się wyłaniać kontury zatopionych niegdyś przez Boga kościółków i wiosek, w których dopuszczono się grzechu. Jeziora stały się więc ekranem przeszłości, a zarazem miejscem przestrogi przed religijnym nieposłuszeństwem.

Tak przynajmniej mówią podania, które przytacza Mateusz Marczewski, sygnalizując znaczenie tytułu swojej książki. Podobne legendy zajmą w Kolistych jeziorach Białorusi jeszcze sporo miejsca. Nie jest to jednak etnograficzne studium wierzeń ludowych – autora interesuje przede wszystkim skomplikowane, wielowymiarowe trwanie tego typu przeszłości w teraźniejszości. Uważnie wpatruje się zatem w odwiedzane miejsca niczym w tafle koliste‑ go jeziora, próbując dostrzec to, co kryje się pod powierzchnią codzienności, i wsłuchuje się w opowieści swoich przewodników, aby dosłyszeć to, co pozostaje między słowami. Tropienie tych zakrytych symptomów trwania jest punktem wyjścia do opisu współczesnej tożsamości białoruskiej czy też – ujmując rzecz szerzej i bardziej esencjonalnie – próbą dotarcia do istoty białoruskości.

Tego, jak trudnym zadaniem jest poszukiwanie owej białoruskiej differentia specifica, dowodzi kontekst historyczny zarysowywany na łamach kolejnych rozdziałów książki. Na przeszkodzie w pierwszej kolejności staje oczywiście geopolityka. Pas białoruskiej ziemi to wszak przestrzeń tranzytywna, w której ścierały się (i wciąż ścierają) wpływy Wschodu i Zachodu. Dziś jednak nie ulega wątpliwości, że to właśnie pierwsze z nich zdobyły zdecydowaną przewagę. Wystarczy wspomnieć 1991 rok, gdy już po uzyskaniu niepodległości prawie siedemdziesiąt procent mieszkańców republiki zadeklarowało obywatelstwo Związku Radzieckiego. Nie bez znaczenia pozostaje też to, że dwa właściwie jedyne momenty „renesansu” białoruskiego języka i kultury narodowej były ściśle regulowane przez zewnętrznych aktorów: w latach dwudziestych XX wieku białoruskość rozgrywali bolszewicy, w latach czterdziestych inicjatywę przejęli kroczący na wschód naziści. W obu tych wypadkach pojęcie narodu białoruskiego stanowiło instrument doraźnej polityki, twór tożsamościowy odgórnie stymulowany i dławiony. Po 1945 roku wyczerpała się koniunktura na białoruskość, której znaczenia zostały prawie całkowicie zawłaszczone przez radziecką historiografię. Mówiąc krótko: w drugiej połowie XX wieku coś takiego jak nowoczesna tożsamość białoruska nie miało właściwie okazji się wykształcić.

Co może jednak nawet najbardziej frapujące, problematyczność zadania, którego Marczewski się podejmuje, wynika również ze specyficznego – można powiedzieć – oddolnego oporu materii. W jednym z pierwszych szkiców czytamy, że na Białorusi „wydaje się, że czas stoi w miejscu”. Owszem, piętno na miejscowym krajobrazie wycisnęły przede wszystkim potężne walce machiny dziejów: najazdy Tatarów, ekspansja kulturowa polskiej szlachty i Kościoła katolickiego, absolutyzm Katarzyny Wielkiej, dwudziestowieczne totalitaryzmy. Równocześnie pomiędzy tymi wielkimi trybami historii znalazło się miejsce dla enklaw trwania tego, co własne, wymykające się kontroli najeźdźców, a zarazem jakby zastygłe na uboczu czasu. A bardziej przestrzennie rzecz ujmując: enklawy te rozciągają się gdzieś pomiędzy Połockiem – historyczną i duchową kolebką Białorusinów, miastem świętej (księżniczki i mniszki) Eufrozyny, a Mińskiem – socmodernistycznym miastem molochem na peryferiach niedawnego imperium. Wydaje się, że na tych rozległych, błotnistych, a przez to trudno dostępnych wiejskich połaciach kraju tożsamość wciąż jest rozpatrywana w kategoriach „tutejszości”, charakterystycznej raczej dla społeczności prymitywnych niż narodowych (w nowoczesnym sensie).

Specyfikę materii, w której drąży Marczewski, najbardziej obrazowo oddaje być może fenomen trasianki: dialektu rosyjskiego, który wyparł język białoruski. Wszędzie brzmi on trochę inaczej – w zależności od stopnia naleciałości polszczyzny, jidysz czy chociażby języka niemieckiego, a jednocześnie – za sprawą ludowej, białoruskiej składni – wszędzie brzmi trochę tak samo. Z tożsamością jej użytkowników sprawa wydaje się podobna: w pierwszej chwili sprawiać może ona wraże‑ nie sztucznej konstrukcji opartej na mariażu obcych wpływów i przemocowych ideologii, ale gdy wsłuchać się bliżej, daje o sobie znać swego rodzaju ukryta, ściśle powiązana z ludowością i mitem struktura.

Aby tę strukturę przybliżyć czytelnikowi, Marczewski rezygnuje z linearnego toku opowieści: jakby zdając sobie sprawę, że o mitach i innych „kolistych sprawach” nie da się pisać w sposób prosty, swoją narrację lokuje – by tak rzec – na planie koła. A mówiąc inaczej: problematyka, której opisu autor się podejmuje, z jednej strony dotyka kwestii wpływów ideologii, totalitaryzmu, przemocy symbolicznej (i fizycznej), które na przestrzeni czasu przybierały różne wcielenia, aczkolwiek mechanizm ich działania okazuje się zaskakująco powtarzalny; z drugiej strony mierzy się z archaicznym, ale wyjątkowo żywotnym mitem ziemi, który w dużym stopniu organizuje proces autoidentyfikacji Białorusinów. Obie te „tendencje” zdają się natomiast tłumić impulsy charakterystyczne dla nowoczesnego formowania się tożsamości narodowej, strategie narracyjne, które zwykło się aplikować w studiach temu poświęconych, w białoruskim wypadku zdają się nie do końca przystawać. To zatem kolistość charakterystyczna dla czasoprzestrzeni mitu staje się również dominantą kompozycyjną książki.

W poszczególnych, zazwyczaj niedługich rozdziałach drobne obserwacje, rozmowy z konkretnymi ludźmi, detale zauważone w wystrojach wnętrz lub absurdy związane z funkcjonowaniem reżimu Łukaszenki stają się swego rodzaju wywoływaczem innych historii, anegdot i podań zazwyczaj dużo starszych, na pozór niezwiązanych z wyjściowym wątkiem – w puencie każdej z tych mikro‑ opowieści zawsze jednak ujawnia się paralelizm konfrontowanych sytuacji. Takie kręgi Marczewski zatacza również w makroskali, na przestrzeni całej książki: nierzadko powracając do spraw i historii sygnalizowanych w innych miejscach, oświetlając je pod innym kątem lub wprowadzając nowe źródła, autorowi udaje się w Kolistych jeziorach Białorusi zrekonstruować coś na kształt łańcucha biało‑ ruskiego „losu” czy też wspomnianej białoruskości. Na plan pierwszy zaś wysuwają się tutaj dwa główne jego ogniwa: ukrycie i cudowność. Pierwszy z nich łączy się z motywem podziemi, nieustannie powracającym w toku narracji. Mowa o legendzie labiryntowego miasta, które miałoby się kryć pod Połockiem, rozpropagowanej przez Wacława Łastouskiego, jednego z najwybitniejszych krzewicieli białoruskiej kultury narodowej, oraz o lochach pod połockim klasztorem Bazylianów, w którym miała bodaj przetrwać biblioteka lokalnych starodruków. Motyw ten jest doskonałą metaforą kultury białoruskiej, która w momencie gdy geopolityka nie pozwoliła jej na trwanie na powierzchni świata społecznego, aby przetrwać, musiała niejako zejść do podziemia. Tak jak jednak bywa z legendami, sprawa nie jest ostatecznie rozstrzygnięta i któregoś dnia to, co ukryte, może zostać na powrót cudownie odkryte. A owa cudowność funkcjonuje na Białorusi bez cudzysłowu. To bowiem kraina, w której za sprawą głęboko zinterioryzowanego myślenia magicznego cuda się ciągle zdarzają (lub też – jak pokazuje Marczewski – nieustanie „robi się je”). Podobna aura mistycyzmu do tej, którą otacza postać świętej Eufrozyny, zdaje się otaczać i najwybitniejszych przedstawicie‑ li mińskiej inteligencji, i pijaków tkwiących pod obwoźnym sklepem‑ciężarówką gdzieś na głębokiej prowincji. Podobnym potencjałem legendotwórczym do tego, który posiadała połocka święta, zdają się dysponować i Łastouski, i Kim Chadziejeu, mentor kilku pokoleń miejscowych dysydentów, ale też Feliks Dzierżyński. Radzieckie znaczki mają takie same atrybuty cudowności jak klasyczne ikony, nowszy, „chiński szmelc” – takie same jak starosłowiańskie amulety wystawiane w tym samym sklepie z pamiątkami. Na białoruskiej prowincji, gdzie – jak podają stare legendy – zatrzymała się Matka Boska, wędrując dawno temu po świecie, wciąż na drzewach pojawiają się jej objawienia. W miastach, w których o cuda zdecydowanie trudniej, na pomoc przychodzą metalowe cysterny z wodą święconą. I nawet najprawdziwsze i stosunkowo niedawne historie o szwedzkich maskotkach zrzucanych z powietrza czy zestrzeleniu balonu z wyścigu o Puchar Bennetta (świetnie wprowadzające w kwestie izolacjonizmu współczesnej Białorusi) mają w sobie tyle absurdu, że ponownie ocierają się o cudowność. Wszystko, co cudowne, jest więc kwestią nastawienia, któremu na przeszkodzie nie stanęły ani lata sekularnej modernizacji w duchu radzieckim, ani widoczna w ostatnich dekadach wkradająca się nie‑ uchronnie w przestrzeń globalizacja.

Marczewski mnoży jeszcze wiele innych aspektów owej cudowności z rozmaitych porządków historycznych i społecznych. Przy tym czyni to tak, że udaje mu się uniknąć efektu skansenu czy rezerwatu skamielin przednowoczesnej europejskości. Pisze bez wyższości i racjonalizującego dystansu „człowieka Zachodu”, ze świadomością swojej pozycji obcego i z ogromną empatią dla swoich rozmówców, a jednocześnie z (bezpretensjonalną) nutą melancholii człowieka, który bezpowrotnie utracił pierwotność mitu. Koliste jeziora Białorusi nie tylko więc opowiadają o cudowności, ale także są w cudowny, magnetyzujący sposób napisane. Wydaje się, że czerpiąc już z same‑ go nastroju esejów, dowiadujemy się o wiele więcej, niż wynika z przedstawianych w nich faktów.

Kinga Siewior