Jurij Andruchowycz, "Leksykon miast intymnych" / Magdalena Rittenhouse, "Nowy Jork"

Jurij Andruchowycz, "Leksykon miast intymnych. Swobodny podręcznik do geopoetyki i kosmopolityki"
Przeł. Katarzyna Kotyńska
Czarne, Wołowiec 2014

Magdalena Rittenhouse, "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"
Czarne, Wołowiec 2013

Nowy Jork jako cel podroży, kulturowy i cywilizacyjny fantazmat, ale również miejsce emigranckiej goryczy to jeden z toposów nowoczesnej literatury wschodnio- i środkowoeuropejskiej. Wykorzystywali go pisarze tak rożni jak Isaac Bashevis Singer, Joseph Brodski, Leopold Tyrmand czy Janusz Głowacki. Pojawia się również w ostatnich książkach Jurija Andruchowycza i Magdaleny Rittenhouse.
Rozdział o Nowym Jorku, wspomnienie spaceru z Wołodią, zwanym Długim, przyjacielem z czasów studenckich, malarzem wielkiego talentu, jest jednym z najdłuższych – i najsmutniejszych – w Leksykonie miast intymnych. Swobodnym podręczniku do geopoetyki i kosmopolityki Andruchowycza. Wędrówka zaczyna się na rogu 80. i Broadwayu, gdzie przy numerze 2245 mieści się sklep Zabara (wtedy, w czasie wędrówki Andruchowycza, słynął głównie ze sprzedaży kawioru, jego historia sięga jednak przedwojnia; chlubi się tym, że to tutaj nowojorczycy po raz pierwszy mieli się dowiedzieć, co to jest brie i jak wyglądają gnocchi), następnie z powrotem, do tarasu widokowego Empire State Building, i dalej w dół, obok klasycznego wieżowca Flatiron, aż do budynków portowych.
Z dygresyjnej narracji o Wołodii wyłania się typowy los jednego z „wyjechawszych inteligentów”; od podstawówki w Czerkasach, przez euforyczny udział w pionierskim obozie, wczesną utratę wiary w komunizm, młodzieńcze lektury Edgara Allana Poe, studia na lwowskiej ASP, gdzie szybko obwołany został geniuszem, aż po deziluzję w Stanach Zjednoczonych. Jak tysiące innych artystów Długi przepadł tam w nowojorskim, bohemicznym tłumie; zamiast kariery w najlepszych galeriach pozostał alkohol, rzemieślnicze fuchy i wreszcie śmierć w wodzie, z przepicia.
Dwa inne miasta odgrywają w biografii Andruchowycza szczególną rolę: Moskwa i Lwów. To tutaj pobierał on swoja literacką edukację. Do Moskwy zawsze miał stosunek ambiwalentny, jest ona w jego twórczości zarówno imperialną stolicą, jak i przestrzenią oniryczną. Lwow natomiast to miasto, w którym pełno śladów związków Ukrainy z kulturą zachodnią. Narrator Leksykonu jest zresztą niezmordowanym perypatetykiem. W Moskwie, w której przez dwa lata studiował literaturę, frenetyczne wędrówki prowadzą go z akademika Instytutu Literatury do Centralnego Telegrafu i pobliskich domów towarowych, do katakumb metra i europejskiej kolekcji w Muzeum Puszkina.       O ile pobyt w Moskwie zaowocował bułhakowowską z ducha powieścią Moskowiada, o tyle Lwów jawi się jako miasto noszące w sobie zalążki nienapisanych powieści, takich jak Cyrk Wagabondo albo pozbawionej tytułu narracji o błądzeniu i gubieniu się w miejskiej mgle. W prywatnym kosmosie ukraińskiego pisarza jest to miasto miast, miasto „zawsze”: „jeśli mam swój Dublin, to jest to Lwów”.
Wiele miast pojawia się w przewodniku w czasach przełomowych: Kraków podczas wyborów 1989 roku, Moskwa na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w okresie pierestrojkowego karnawału, kiedy Arbat: „stanowił paradę pluralizmów i potencjałów protestu. To była defilada wzdłuż kilkuset metrów wolności – słowa, gestu, przedsiębiorczości. Tchnęło od niego anarchią, wolnym biznesem i bluźnierstwem. Smakowicie pachniał szaszłykowym dymem i powielanym na ksero drugim obiegiem”.

Tytułowa „geopoetyczność” prozy Andruchowycza przejawia się przede wszystkim w rozdziałach poświęconych Rosji, Ukrainie i Europie Wschodniej. Lwów stał się częścią sowieckiego imperium na skutek kaprysu Stalina; niedaleko stąd do Hajsyna, obwód Winncki, miasta, gdzie stacjonował pułk szkoleniowy strzelców zmotoryzowanych, w którym służył Andruchowycz, czy do Czerniowców, rodzinnego miasta Paula Celana, dziś monokulturowego i nieco zapyziałego. Po drugiej stronie, na „zachodzie” znalazł się nieodległy geograficznie, pachnący kadzidłem Kraków, „samo apogeum średniowiecza”.
W przewodniku Andruchowycz stworzył sto jedenaście lirycznych, ułożonych w kolejności alfabetycznej, impresji na temat miast. Leksykon ten, tak jak Grę w klasy, czytać można na wiele sposobów, co odzwierciedla zmienność świata: „ten świat jest nasycony dziwnymi metamorfozami i aberracjami geograficznymi”. Miasta Andruchowycza to miejsca tak mentalnie i kulturowo odległe jak Nowy Sad ze zbombardowanym mostem i Bayreuth, Stambuł z cysterną, która ocieka wodą, i mieszczański berliński Charlottenburg (lokalni mieszczanie są, dodajmy, entuzjastycznymi czytelnikami Karola Marksa).
Również dla Magdaleny Rittenhouse przechadzka jest podstawową formą poznania miasta. W Nowym Jorku. Od Mannahatty do Ground Zero nawet zagorzali fani Nowego Jorku i nałogowi czytelnicy offowych przewodników w rodzaju The Historic Shops & Restaurants of New York Ellen Williams i Steve’a Radlauera odnajdą mnóstwo mało znanych faktów i anegdot z historii miasta. Któż na przykład wie, że Most Brookliński zaprojektował filozof, jeden z ulubionych uczniów Georga Wilhelma Hegla; któż zna zadziwiającą historię – ciągle czynnej – synagogi przy Eldridge w centrum Chinatown? Rittenhouse z upodobaniem wędruje też śladami nowojorczyka czytającego: od księgarni Strand, przez New York Public Library aż do redakcji „New Yorkera”. Jej nowojorska książka, podobnie jak podręcznik Andruchowycza, za sprawą złożoności formalnej wymyka się kategorii „literatury podróżniczej”. Najciekawsze jest tu bodaj spojrzenie na metropolię z peryferii, perspektywa outsidera – mamy do czynienia z czymś w rodzaju ironicznego komentarza do słynnego rysunku, urodzonego w Rumunii, Saula Steinberga, Widok świata z Dziewiątej Alei, o którym wspomina Rittenhouse.
Centauryczność obu tekstów, przewrotna, trudna do zaklasyfikowania forma – pół przewodnik, pół opowieść-o-obcych-krajach – wydawać się może ponowoczesna, w istocie była znana już od najdawniejszych czasów. Podobnie wyglądały opisy Marca Polo, podróże włoskie Addisona i Goethego czy lewantyńskie peregrynacje Nervala albo Słowackiego. W czasach współczesnych uprawiali ją wszyscy najwięksi travel-writerzy. Bruce Chatwin nieustannie uciekał w domenę fikcji, przysparzając sobie przy okazji wiele kłopotów z osobami, które spotykał w czasie peregrynacji, a które nie rozpoznawały się w stworzonych przez niego portretach. W.G. Sebald w Pierścienieniach Saturna opisał angielską, pieszą „pielgrzymkę” meandrycznie prowadzącą do krainy osobistych i kolektywnych wspomnień. Również William Dalrymple, Paul Bowles czy Sven Lindqvist, każdy na swój sposób, dokonywali przeformułowania gatunku podróżniczego w stronę autofikcji.
Miejscem wspólnym książek Andruchowycza i Rittenhouse jest też, pojawiająca się w tytule Leksykonu, intymność, zwrot ku wnętrzu. Przedmiotem refleksji jest nie tylko świat egzotyczny, ale również wędrujący podmiot; z obu tekstów wyłaniają się, narysowane subtelną kreską, szkice autobiograficzne. Grand Tour jawi się tutaj nie tylko jako projekt literacki, ale i życiowy.

Jan Balbierz