Dublineska

Enrique Vila‑Matas
Tłum. Katarzyna Okrasko
Seria „Don Kichot i Sancho Pansa”, W.A.B., Warszawa 2015

Samuel Riba, bohater Dublineski Enrique Vila­‑Matasa, należy „do wymierającego gatunku światłych wydawców”, których charakteryzuje „fanatyczne uwielbienie literatury” (s. 126). Ma sześćdziesiąt lat, jest niepijącym alkoholikiem, Katalończykiem żydowskiego pochodzenia, z usposobienia zaś melancholikiem i apokaliptykiem. Jego mroczne usposobienie znajduje swój odpowiednik w miejskich pejzażach powieści; od świtu do zmierzchu pada tu deszcz, woda zalewa ulice i rzęsiście spada na dachy, jakby zapowiadając kolejny potop. Ribie nie brak też zmysłu ironii, bo „doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w naszych czasach do apokaliptycznych przeczuć podchodzić można jedynie w sposób parodystyczny”.
Wydana niedawno w polskim przekładzie Dublineska jest kolejnym dowodem na to, że we współczesnej Europie istnieje niewielu pisarzy, którzy tak sprawnie potrafią balansować pomiędzy egzystencjalną refleksją, grobową – do tego tematu przyjdzie jeszcze powrócić – powagą a ironią i komizmem jak Vila­‑Matas; pod tym względem równać się on może z Thomasem Bernhardem.
Samuela Ribę poznajemy w momencie osobistego i zawodowego kryzysu: po alkoholowej zapaści ciężko choruje na nerki, a zirytowana stygnącym małżeństwem żona Celia ucieka w buddyzm i jogę. Kończy się też okres intensywnych podróży, zaproszeń na kongresy wydawców, obecności na targach książki i wyławiania talentów literackich.
Nieustannie utyskujący na upadek cywilizacji książkowej i ekspansję mediów cyfrowych Riba sam jest od nich uzależniony; jego żona nazywa gohikikomori, komputerowym autystą. Opis kryzysu wieku średniego łączy się w powieści Vila‑Matasa z medytacją na temat kryzysu książki jako obiektu materialnego. Lamenty Riby dotyczą najgłębszych problemów ponowoczesnych społeczeństw, takich jak barbaryzacja kultury medialnej czy komercjalizacja ruchu wydawniczego („W naszych czasach – wzdycha – literatura zdaje się jednym wielkim publicznym szaletem”, s. 268), przede wszystkim jednak mamy tu do czynienia z finezyjną i pełną podskórnego humoru refleksją na temat zmiany paradygmatu medialnego, z przewrotnym pożegnaniem wymierającego świata analogowego.
W czasie pobytu na odwykówce Riba ma proroczy sen, w którym przechadza się ulicami Dublina. Wkrótce potem postanawia wykonać w swoim życiu „angielski skok” i po okresie długoletniego zainteresowania literaturą hiszpańską i francuską zwrócić się w stronę anglojęzycznych Irlandczyków. Wraz z trójką przyjaciół zaczyna planować ekscentryczną podróż do Irlandii, po to by 16 czerwca, w Bloomsday, w katedrze Świętego Patryka urządzić uroczysty pochówek galaktyki Gutenberga. Traf chce, że w tym dniu przypada również rocznica ślubu jego rodziców. Nieco nadmiernie do nich przywiązany sześćdziesięciolatek tłumaczy im, że musi wyjechać, by wygłosić referat „o Ulissesie Jamesa Joyce’a, a przy okazji o schyłku konstelacji Gutenberga i nadchodzącej erze cyfrowej” (s. 16). Meandryczna narracja Dublineski osnuta jest wokół dwóch zasadniczych wątków: pogrzebu i zejścia do Hadesu. Oba odsyłają do szóstego epizoduUlissesa; Leopold Bloom udaje się w nim na pogrzeb niejakiego Paddy’ego Dignama, poczciwego dublińczyka, który umarł z przepicia. Joyce’owskie analogie rozrastają się w prawdziwy gabinet tekstowych luster. Narracjakatalońskiego pisarza jest nie tylko kontynuacją przełomowej powieści Irlandczyka, ale równieżMurphiegoBecketta i wiersza Dublineska Philipa Larkina. Riba co chwila odwołuje się do pisarzy, których wydawał (odnajdziemy wśród nich Juliena Gracqa, Claudia Magrisa, Georges’a Pereca, Carla Emilia Gaddę, Paula Austera czy Roberta Walsera), ponadto na ulicach i w barach napotyka sobowtóry fikcyjnych postaci literackich i zmarłych autorów. „Może ma rację Dublin – zastanawia się. – I niewykluczone, że istnieją połączone ze sobą węzły czasoprzestrzeni, pomiędzy którymi mogą się przemieszczać tak zwani żywi i tak zwani umarli i w nich się spotykać” (s. 347).
Kompleksowość narracji sprawia, że Dublineska bynajmniej nie jest tylko rebusem dla literaturoznawców; Riba to przerażony śmiercią, desperacko rozmyślający o starości i łatwo wpadający w irytację człowiek książkowy, który poprzez literaturę usiłuje zrozumieć własne życie. Jak wszyscy melancholicy ma okresy neurotycznej aktywności, w czasie której nie śpi i po których następują fazy letargu, intelektualnego uśpienia i depresji.
Gest porzucenia jest tutaj kluczowy. Samuel Riba jest bowiem nowym wcieleniem bohaterów wcześniejszej hybrydycznej książki Vila‑Matasa zatytułowanej Bartleby i spółka (Warszawa 2007).Rozpoczynała się ona od motta z francuskiego filozofa i satyryka oświeceniowego Jeana de la Bruyére’a: „Chwała czy też wartość niektórych ludzi polega na tym, że piszą dobrze; innych – że nie piszą”. Jej narrator, groteskowo zgorzkniały garbus, diagnozuje, a następnie tropi w dziejach literatury „syndrom Bartleby’ego”; opisuje pisarzy ogarniętych popędem negatywności, autorów, którzy w pewnym momencie podobnie jak bohater Melvillowskiej opowieści stwierdzają „wolałbym nie” i którzy „choć obdarzeni bardzo wyrafinowaną świadomością literacką (a może właśnie dlatego), nigdy niczego nie piszą albo piszą jedną, dwie książki, po czym rzucają pisanie bądź też, bez trudu nadawszy bieg swojej prężnej karierze, pewnego dnia zostają dosłownie sparaliżowani na zawsze” (s. 10).
Riba, choć nie jest pisarzem, lecz wydawcą, zalicza się do Zakonu Bartlebystów. Po latach działalności wydawniczej mówi wreszcie „wolałbym nie”, rezygnuje z publikowania książek, przestaje pić, zarzuca ambitny projekt stworzenia teorii powieści; nawet odbywający się w Bloomsday pogrzeb książki kończy się fiaskiem.
Vila‑Matas jest współtwórcą niebywałej odnowy gatunku powieściowego, jaka dokonuje się obecnie w literaturach hiszpańskojęzycznych; obok niego wymienić można Javiera Mariasa, zmarłego już Roberta Bolania czy Javiera Cercasa. Wszyscy są głęboko świadomi tradycji, na której budują swą poetykę powieściową i która wypracowała używane przez nich chwyty literackie. Droga do nich wiedzie przez Cervantesa, Miguela de Unamuno (przede wszystkim jego znakomitą, a nieco zapoznaną Mgłę), Julia Cortazara i Jorge Luisa Borgesa. Chodzi tutaj o kunsztowne nakładanie się na siebie wydarzeń autentycznych i zmyślonych, o wkraczanie postaci historycznych w świat fikcji, o dyskretną obecność w tym świecie sobowtórów i powidoków autora, a wreszcie o przekonanie, że literatura jest wiecznym powtórzeniem i że podlega rytmom przypływu i odpływu. Ulubiony pisarz Samuela Riby James Joyce ujął przekonanie to w – cytowanym przez Vila­‑Matasa – pierwszym zadaniu Finnegans Wake: „­Rivverrun, past Eve and Adam’s from swerve of shore to bend of bay…” (w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego: „Rzekibrzeg, posthepując od Ewy i Adama, od wygięcia wybrzeża do zakola zatoki…”).• Jan Balbierz