Bogdan Pniewski. Sługa czy pan? – Grzegorz Piątek

Kariera Bohdana Pniewskiego jest jedną z największych zagadek architektury polskiej XX wieku. Jak to możliwe, że doktrynerzy socrealizmu zaakceptowali wypracowaną przez niego przed wojną formułę unarodowionego modernizmu, a ulubiony architekt sanacji stał się jednym z twórców oblicza stolicy komunistycznej Polski?

O Bohdanie Pniewskim złośliwie mówiło się, że jest nadwornym architektem władzy. Do 1939 roku wybudował w Warszawie monumentalny Pałac Sprawiedliwości oraz siedzibę Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Sofii ambasadę RP, a w Paryżu pawilon polski na wystawę światową. Znacznie dłuższa była lista projektów, które w chwili wybuchu wojny czekały na realizację. Figurowały na niej Bazylika Morska w Gdyni oraz ambasada w Kownie, a w stolicy – reprezentacyjna dzielnica Piłsudskiego, Świątynia Opatrzności, wieżowiec Polskiego Radia czy Muzeum Przemysłu i Techniki.

Nie było tajemnicą, że architekt od lat gimnazjalno‐harcerskich sympatyzował z piłsudczykami, że odniósł rany w wojnie polsko‐bolszewickiej, że po przewrocie majowym opowiedział się po stronie zwycięzców. W 1937 roku zaangażował się w działalność faszyzującego ruchu skupionego wokół marszałka Rydza‐Śmigłego – Obozu Zjednoczenia Narodowego. Od 1935 roku zasiadał w komisarycznej, narzuconej przez rząd, radzie miejskiej Warszawy, a w wyborach 1938 roku uzyskał mandat radnego z listy OZN. Ponadto szefował państwowemu Instytutowi Propagandy Sztuki oraz wykładał w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, która programowo kształciła „artystów państwowotwórczych”. Dla obozu władzy był jednym z zaufanych ekspertów od projektowania i sztuk wizualnych. Konsultowano z nim nawet wygląd strojów polskiej reprezentacji na olimpiadę w Berlinie.

Mogłoby się wydawać, że z taką biografią Pniewski popadnie po wojnie w niełaskę. Przez kilka pierwszych lat komuniści wciągali do współpracy niepoprawnych politycznie fachowców, potem jednak najczęściej spychali ich na margines lub szykanowali. Ten mechanizm w małym stopniu dotyczył jednak grupy zawodowej niezbędnej do odbudowy kraju, czyli architektów, a na pewno nie dotyczył Pniewskiego. Bieg historii nie wpłynął zasadniczo na jego pozycję ani na charakter powierzanych mu zadań. Wręcz przeciwnie – Pniewski budował na jeszcze większą skalę niż przed wojną. W 1939 roku prasa ekscytowała się wielkością Pałacu Sprawiedliwości, który liczył 187 tysięcy metrów sześciennych. Ale wznoszony w latach pięćdziesiątych minionego stulecia przez Pniewskiego Narodowy Bank Polski miał osiągnąć kubaturę około 250 tysięcy metrów, a Teatr Wielki – około 450 tysięcy, ustępując w stolicy jedynie Pałacowi Kultury i Nauki.

Jak to możliwe, że Pniewski tak dobrze odnalazł się w stalinowskiej Polsce?

Pierwszy klucz do zrozumienia tego fenomenu jest stricte artystyczny. Doktrynerzy socrealizmu kierowali ostrze krytyki przeciwko modernistom, ale Pniewskiego trudno było zaszufladkować w ten sposób. Dwie efektowne tymczasowe budowle – brama na Wystawę Sanitarno‐Higieniczną w Warszawie (1927) oraz pawilon na Powszechną Wystawę Krajową w Poznaniu (1929) – oraz dwie kolonie skromnych domków szeregowych na krótko wprawdzie zmyliły obserwatorów i pozwoliły go zaliczyć do grona awangardy, jednak kiedy tylko młody architekt zaczął projektować dla ludzi zamożnych oraz dla instytucji państwowych, dorobił się autorskiej, kompromisowej formuły, która zyskała mu uznanie w oczach klientów. Z jednej strony fetysze nowoczesności: cienkie słupy, redukcja ornamentu, duże rozpiętości stropów, elektryczna iluminacja, z drugiej – monumentalne gesty, aluzje do renesansu, gotyku czy klasycyzmu, kunsztowna kamieniarka i metaloplastyka. Naraziło go to już na początku lat trzydziestych na zarzut zdrady ideałów. Romuald Miller ubolewał:

Należy wyrazić żal, że z szeregów walczących o Nową Architekturę ubywa jeden z bojowników. Należy wyrazić żal, że architekt pełen wewnętrznego żaru i płomiennego nastawienia do Architektury porzuca trudną i przepaścistą drogę wdzierania się w zawrotną dziedzinę ducha, na której leży nowa era rozwoju Architektury, a wkracza natomiast na łatwą drogę modernistycznego eklektyzmu.

Pewna część polskich krytyków, takich jak Stanisław Woźnicki czy Edgar Norwerth, którzy w modernie widzieli przelotną, powierzchowną modę, a nawet kibicowali w latach trzydziestych powrotowi do tradycji klasycystycznych w ZSRR, przychylnie patrzyła jednak na Pniewskiego i stawiała go za wzór czcicielom – jak to potem ujął Norwerth – „wyrafinowanego funkcjonalizmu grzejnika i miski klozetowej”.

Rozsmakowanie w tradycji kilkanaście lat później ratowało Pniewskiego
 w oczach ideologów socrealizmu. Nie groził mu zarzut „konstruktywizmu” czy „kosmopolityzmu”. Do jego maniery bardziej pasowało pojęcie „unarodowionego modernizmu”. Podczas przełomowej narady architektów partyjnych w czerwcu 1949 roku Edmund Goldzamt podkreślał:

Reagując na wpływ konstruktywizmu 
i przestrzegając ogólnych zasad »nowoczesności«, architekt stale nawiązuje do zasad klasycznego budowania obrazu architektonicznego, szukając powiązań między jednym a drugim.

Erudycja historyczna pozwalała Pniewskiemu z łatwością nawiązywać do dawnych form, ale dzięki świadomości tradycyjnego tworzywa, szczególnie kamienia, twórczo je przetwarzał i unikał dosłownych cytatów. Jeśli socrealizm to architektura narodowa w formie, a socjalistyczna w treści, to koncepcje Pniewskiego były nowoczesną architekturą narodową oczekującą na wypełnienie polityczną treścią.

Goldzamt doceniał też u Pniewskiego skłonność do monumentalnego gestu. Twierdził, że w jego architekturze rozlega się grzmienie, widać w niej chęć dramatycznego przemówienia do wielkich rzesz ludzkich, emocjonalnego oddziaływania na masy ludzkie. Są to mocne akordy plastyczne schodów, cokołów i gzymsów, podcieni, bryły walczące z prawem ciążenia, nacierające na otaczającą przestrzeń.

Po wojnie Pniewski unikał bezpośredniego zaangażowania politycznego.

Twierdził, że architektura Pniewskiego jest „jakby stworzona dla wyrażania wielkich idei społecznych”.

W końcu i władza sanacyjna, i władza stalinowska potrzebowały wielkich scenografii, a Pniewski, jako twórca ostatniej przedwojennej wizji dzielnicy Piłsudskiego z przepastnym Polem Chwały i Forum wypełnionym pseudoantycznym detalem, znał się na rzeczy. W dodatku bliska była mu idea integracji architektury i plastyki. Przed wojną prowadził w ASP katedrę architektury i rzeźby monumentalnej, w której studenci wykonywali pod jego okiem studia dekoracji Świątyni Opatrzności, Pałacu Sprawiedliwości, a nawet jego własnej willi. Po wojnie natomiast architekt postulował powołanie przy akademii Szkoły Głównej Kamieniarskiej oraz „Szkoły Głównej Rzemiosł potrzebnych architekturze
i rzeźbie: meblarstwa, kowalstwa, ślusarki i witrażu”.

Wymowne jest to, że po wojnie Pniewski unikał bezpośredniego zaangażowania politycznego. Owszem, uczestniczył w gremiach fachowych i w życiu publicznym, zasiadając na przykład w Narodowej Radzie Odbudowy Warszawy, rządowym Komitecie ds. Architektury i Urbanistyki czy Komisji Architektoniczno‐Urbanistycznej przy Naczelnym Architekcie m.st. Warszawy Józefie Sigalinie. Brał też udział w dyskusjach Instytutu Urbanistyki i Architektury, podczas których projektanci próbowali trafnie zinterpretować enigmatyczne przykaz
nie architektury socjalistycznej w treści, a narodowej w formie. Trudno jednak znaleźć zdjęcia Pniewskiego z oficjalnych uroczystości państwowych. Nie zabierał też głosu w sprawach niezwiązanych z architekturą, jeśli nie liczyć krótkiej 
i oględnej żałobnej noty opublikowanej po śmierci Stalina pośród wypowiedzi wielu innych twórców w rządowym „Przeglądzie Kulturalnym”. Bohdan Pniewski nie zapisał się też do PZPR, choć to akurat nie było niezbędnym warunkiem kariery w architekturze. Być może błyskawiczna klęska II RP, a potem zmiana systemu nauczyły go, jak kruchy jest gmach państwa, jak niewygodne mogą się stać oficjalnie głoszone poglądy i sympatie.

Oszczędzał słowa, pielęgnował apolityczny wizerunek rzemieślnika‐muratora. Podwładni od dawna mówili o nim per „majster”. Teraz na tarasie swojej willi eksponował tablicę następującej treści:

Cech Rzeźbiarzy, Kamieniarzy i Sztukatorów w Warszawie w uznaniu zasług położonych przez Prof. Inż.‐Arch. Bohdana Pniewskiego w rozwoju kamieniarstwa i sztukatorstwa przyznaje Mu niniejszym tytuł członka honorowego. Warszawa. AD 1948.

Podczas narady w sprawie krytyki literackiej i artystycznej w Ministerstwie Kultury i Sztuki (10–11 kwietnia 1953 roku) zagajał: „To, co powiem, wolałbym narysować, niż powiedzieć. Przychodzę bowiem wprost od rajzbretu”.⁠ 

Uparta koncentracja na warsztacie ratowała go od uwikłania w spory polityczne, choć narażała też na zarzut ostentacyjnej bezideowości. Kiedy podczas dyskusji towarzyszącej wystawie projektów w 1951 roku powiedział, że trzeba „oceniać nie projekty (nuty), a realizacje (koncert)”, zaniepokojony Józef Sigalin zanotował: „niebezpiecznie przeciwstawia się samej zasadzie, aby oceniać projekty [...] i teoretyzować”.

Na pewno Pniewski zgodziłby się z Leopoldem Tyrmandem (też architektem, tyle że niepraktykującym), który typowe w dobie socrealizmu środowiskowe dyskusje uważał za pusty rytuał. W Dzienniku 1954 pisał:

Nikt uwag tych nie będzie brał pod uwagę. Co zaś najważniejsze – w dyskusji takiej wolno atakować tylko i wyłącznie szczegóły, nie wolno zaś atakować socrealizmu w architekturze, który czyni z oblicza artystycznego Warszawy obrzydliwy, tandetny jarmark, usiany tanimi, lukrowanymi ciastkami.

Tyrmand nie zostawił zresztą suchej nitki na Pniewskim:

głupkowatym lokajom wykorzystywanym przez komunizm, a czułym na liche pochlebstwa, jak na przykład profe
sor Bohdan Pniewski, wystarczy taka »wolna, krytyczna dyskusja«. Wzmaga w nich potrzebę aprobaty.

Literat zmieniłby jednak zdanie, gdyby znał satyryczny wierszyk, który przytoczył Marek Czapelski, a który Pniewski stworzył pod wrażeniem któregoś z oficjalnych obchodów po wystawie projektów:

Powoli pierdząc z lekka wkraczają augusty

Chrząkają uroczyście dzwoniąc w puste jaja

Pewność bije z oblicza: Mysz urodzi góry Jeszcze się nie zaczęło, już się jeden kaja [...]


Z konferencji jak zwykle nie będzie wyników.

Dlaczego? Tak jest zawsze gdy matołów kupa.

Włazi ci do projektu, projektuje sama

Nie mogąc nic urodzić, chce być teraz mama

Urodzi per procura.

Architekt nigdy otwarcie nie zanegował socrealizmu, ale jednocześnie wygłaszał sądy dość odważne.

To do szuflady. Jednak i na oficjalnych naradach Pniewski pozwalał sobie, choć delikatniej, zwracać uwagę, że krytyka, zamiast inspirować architektów, sprowadza się do „»obstrzeliwania« na komisjach i konwentyklach wewnętrznych”. Wspominał o „dobrych projektach” zniekształconych przez „drągi krytyki”.

Architekt nigdy otwarcie nie zanegował socrealizmu, ale jednocześnie wygłaszał sądy dość odważne. Apelował na przykład, żeby ślepo nie tępić formalizmu, funkcjonalizmu, konstruktywizmu i kosmopolityzmu: „Architektura przecież zawsze miała i będzie miała swe formalne ujęcia, będzie rozwijała układ funkcjonalny i będzie się rządzić prawami konstrukcji. Każdy z tych elementów miał i ma w architekturze swe wyraźne oblicze i rządzi się obiektywnymi prawami” – zwracał uwagę i przekonywał, 
że „zwalczając konstruktywizm, formalizm i funkcjonalizm, należy przeanalizować, co było i jest twórczego w konstrukcji i formie, a co i dlaczego należy odrzucić”. Nader śmiało wskazywał też, że błyskawiczny import doktryny z ZSRR uniemożliwił ewolucyjne wypracowa
nie twórczych rozwiązań i wrzucił polską architekturę w objęcia hołdowniczego eklektyzmu:

Siedzieliśmy w studni grzechów różnych „izmów”, skąd nas życzliwie, z bardzo małym naszym własnym udziałem, wyciągnięto. Trzeba stwierdzić, 
że lepiej by było, gdybyśmy sami się 
z niej wydostali. Droga do nieba została nam zatem w dużym stopniu wytyczona, lecz po drodze do niebios spadliśmy do rzeki tradycji pięknej, pachnącej dziełami narodowej architektury zabytkowej. Zapomnieliśmy przy tym, że czym innym jest nawiązywanie do narodowej formy i przedłużenie jej w architekturze, czyli płynięcie szerokim rozmachem dalej, a czym innym dreptanie bojaźliwe i tchórzliwe w płytkiej wodzie przy brzegu, to znaczy paćkanie się w historycyzmie i eklektyzmie, a te błędy właśnie popełnialiśmy.

Wydaje się, że z Pniewskiego przebijało zniecierpliwienie twórcy, który wie, jak ma wyglądać współczesna architektura narodowa, bo niczym innym się nie zajmował od dwudziestu lat.

Chociaż skala inwestycji, w jakie zaangażował się Pniewski, stawiała go w centrum zainteresowania, a potencjalnie drobiazgowej krytyki, to paradoksalnie pozwoliła mu stworzyć dzieła nie do końca zgodne z oficjalną doktryną. Projektowanie i realizacja sztandarowych stołecznych budowli trwały bowiem tak długo, że przekroczyły czasowe ramy socrealizmu i nie nadarzyła się nawet sposobność, by spod ręki Pniewskiego wyszło czyste stylowo dzieło socrealizmu.

Projekt kompleksu sejmowego zlecono Pniewskiemu w roku 1947, a zatwierdzono 23 maja 1949 roku, miesiąc przed przełomową naradą architektów partyjnych. Potem próbowano nieco modyfikować poszczególne rozwiązania, ale budowa zakończyła się̨ w 1953 roku, bez decydujących korekt. Nie powstał na przykład bogato dekorowany ryzalit akcentujący wejście na główny dziedziniec. Wnętrza, wykończone białym marmurem, pozbawione akcentów propagandowych, dekorowane wykwintną metaloplastyką, z sufitami podświetlonymi niewidocznymi reflektorami, więcej miały wspólnego z przepychem przedwojennej siedziby MSZ w pałacu Brühla niż ze zrealizowanym wkrótce później Pałacem Kultury.

Projekt gmachu Narodowego Banku Polskiego również̇ zaczął powstawać przed nastaniem socrealizmu. Uległ więc najpierw uhistorycznieniu, a potem, po odwilży – uproszczeniu. Powstała hybryda – monumentalna bryła bez historyzującej dekoracji. Kielichowe słupyà la Wright (podobne pojawiły się w Sejmie) niechybnie pochodzą z okresu przedsocrealistycznego, metaloplastyka i mozaiki zostały zaprojektowane po odwilży, natomiast zrealizowany po śmierci Pniewskiego, w latach siedemdziesiątych pawilon sali operacyjnej otrzymał proste elewacje ze szkła i czarnego aluminium.

Drugim kluczem do powojennego sukcesu Pniewskiego były jego charakter i postawa życiowa. Pewny siebie, ale obdarzony też instynktem, który podpowiadał mu niezawodnie, kiedy
na co może sobie pozwolić, architekt nie od razu spieszył się po wojnie z powrotem do Warszawy. Po powstaniu osiadł w Kielcach i tam szukał możliwości pracy, a do zniszczonej stolicy wrócił dopiero wtedy, kiedy miał pewność, że nie jest persona non grata.

W maju 1945 roku powołano go
do Kolegium Zatwierdzającego przy kierownictwie Biura Odbudowy Stolicy, ale to jeszcze nie było to – potrzebował mecenasa. Znalazł go w ministrze komunikacji Jerzym Rabanowskim, który 14 sierpnia wysłał do Kielc list:

Życzeniem moim jest powierzyć Panu Profesorowi funkcję doradcy i eksperta Ministerstwa w sprawach architektonicznych. W przypadku przychylnego ustosunkowania się Pana Profesora do mego zamierzenia, proszę o zawiadomienie, kiedy można przysłać do Kielc samochód celem sprowadzenia Pana Profesora do Warszawy i omówienia warunków współpracy.

Pniewski przyjmuje propozycję i energicznie zabiera się do pracy: współtworzy warunki konkursu na Dworzec Centralny w Warszawie, konsultuje projekty odbudowy dworców w Gdyni, Poznaniu i Szczecinie oraz projektuje siedzibę resortu w nowej „dzielnicy ministerstw” – wieżowiec przy ulicy Chałubińskiego, a następnie wielki, ostatecznie niezrealizowany, gmach dyrekcji kolei i innych przedsiębiorstw komunikacyjnych, w Alejach Jerozolimskich, vis‐à‐vis planowanego dworca. O pozycji Pniewskiego świadczy też to, że już 1 października 1945 roku minister udzielił mu oficjalnego zezwolenia na korzystanie ze swojego samochodu. Kiedy architekt dorobił się auta, ministerstwo płaciło przynajmniej za benzynę (do pewnego, niewystarczającego, limitu).

W 1946 roku o architekta upomniał się zastępca dyrektora Polskiego Radia Tadeusz Dobrowolski. W końcu to Pniewski projektował przed samą wojną stołeczną centralę rozgłośni, a ile osób w Polsce mogło się pochwalić takim doświadczeniem? Gmach powstanie dopiero w latach pięćdziesiątych, ale odzyskując kontakt z PR Pniewski dorobił się przyczółka w kolejnej potężnej instytucji. Następna to Narodowy Bank Polski. W 1948 roku Pniewski wygrał konkurs i podpisał umowę na projekt centrali NBP.

Najbliżej szczytów władzy architekt znalazł się̨ jednak w 1947 roku, kiedy powierzono mu projekt rozbudowy kompleksu budynków Sejmu przy Wiejskiej. Normalnie pewnie zlecono by to zadanie przedwojennemu autorowi domu poselskiego i sali zgromadzeń Kazimierzowi Skórewiczowi, jednak ciężka choroba uczyniła go niezdolnym do pracy i zadanie otrzymał opiekujący się nim troskliwie Pniewski. Korespondował z nim, zbierał pieniądze na jego leczenie, walczył o wydanie jego książki. Autor monografii Skórewicza Waldemar Baraniewski twierdził, że nestor „traktował go jak swego syna. Pniewski zaś cenił Skórewicza za swego rodzaju zmysł współpracy z państwem i ogromną kulturę architektoniczną, przywiązanie do solidnego warsztatu oraz dbałość o staranny detal i wykończenie”.

W roku 1949, kiedy w Polsce zadekretowano socrealizm, Pniewski był już więc człowiekiem niezastąpionym – dobiegała końca budowa wieżowca Ministerstwa Komunikacji, zatwierdzono projekt Sejmu, trwały prace nad NBP, a w międzyczasie architekt wygrał jeszcze konkurs urbanistyczny na zagospodarowanie placu Zwycięstwa (Piłsudskiego) i został mianowany przez Naczelną Radę Odbudowy Warszawy „gospodarzem” tego reprezentacyjnego terenu. To z nim powinni uzgadniać swe zamiary architekci i inwestorzy poszczególnych budynków (o ile to nie Pniewski je projektował).

„Architekci są szychtą najlepiej w Polsce zarobkującą, zaopatrzoną w auta, piękne mieszkania, korzystają z prawa wyjazdów za granicę” – pisał w 1954 roku rozgoryczony Leopold Tyrmand. Tymczasem Pniewski w czerwcu 1950 roku znalazł się wśród czternastu polskich projektantów, którzy na zaproszenie Związku Architektów Radzieckich zwiedzali Moskwę, Leningrad, Stalingrad, Tbilisi i Soczi, a także miejsce urodzenia Stalina w Gori. W tym samym roku wygrał konkurs na projekt Teatru Wielkiego, co pozwoliło mu wiosną 1953 roku wybrać się w miesięczną podróż studialną do Wiednia, Mediolanu i Paryża.
W samym Paryżu architekt spędził siedemnaście dni. Jesienią tego samego roku przez prawie miesiąc konsultował projekt opery w Moskwie i Leningradzie. W kraju natomiast miał otwarty dostęp do domu pracy twórczej w pałacu w Nieborowie, do którego zjeżdżała elita warszawskiej inteligencji.

Pniewskiemu udało się zachować nie tylko paszport, ale i zbudowaną w latach trzydziestych willę w alei Na Skarpie. Dokwaterowano mu wprawdzie lokatorów, ale zajęli oni ostatnie piętro, obsługiwane niezależną klatką schodową, więc byli dość niekłopotliwi. Co jed
nak bardziej zdumiewające, mimo całkowitego upaństwowienia i kolektywozacji praktyki architektonicznej on, tak jak przed wojną, pracował ze swoim zespołem w obszernej sali z kominkiem w przyziemiu domu. Nie było to już prywatne studio, lecz państwowa „Pracownia P 117”, działająca w strukturze Centralnego Biura Projektów Architektonicznych i Budowlanych, niemniej terytorialna odrębność i związek z domową przestrzenią miały swoją wymowę.

 Jeśli przyjrzeć się dorobkowi architekta z tamtych lat, trudno przyłapać go na jakimś niesmacznym kompromisie.

W jaki sposób udało się Pniewskiemu utrzymać tę autonomię? Wydaje się, że mistrzowsko wykorzystał dla swojej korzyści niedobory pierwszych powojennych lat. W 1946 roku ministerstwo komunikacji współfinansowało remont uszkodzonej willi oraz wyposażenie pracowni swojego głównego rzeczoznawcy architektonicznego. W spuściźnie architekta zachowała się korespondencja w sprawie remontu instalacji elektrycznej, dostawy lamp na biurka, opału, zatrudnienia sprzątaczki czy woźnego, umundurowania szofera. Kilku projektantów oddelegowanych do pracy nad zleceniami resortu komunikacji pozostawało na ministerialnych etatach. Było to zapewne korzystne dla obu stron – ministerstwo, tak jak inne instytucje centralne, cierpiało w zrujnowanej stolicy na deficyt powierzchni biurowej (Pniewski przecież̇ dopiero ją projektował), więc wygospodarowanie przestrzeni w stosunkowo mało zniszczonym budynku wydawało się racjonalne. Architekt miewał problemy z udowodnieniem, że nie wykorzystuje ministerialnych zasobów do pracy dla innych klientów, lecz układ ten trwał jeszcze w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych.

Złośliwy Leopold Tyrmand zrobił z Pniewskiego obrzydliwego oportunistę, którego „umiejętna kombinacja przymusu z przekupstwem” zamieniła w „powolne, syte, dobrze się mające i stępiałe psychicznie narzędzie”. A jednak jeśli przyjrzeć się dorobkowi architekta z tamtych lat, trudno przyłapać́ go na jakimś niesmacznym kompromisie. Wręcz przeciwnie – uparcie bronił swojej wizji architektury. A jednocześnie wiedział, jak sprawić, by stała się ona również wizją klienta.

Klientom oferował nie tylko biegłość 
w prowadzeniu dużych projektów. Wzbudzał też prawdziwy szacunek swoim talentem. Podkreślali to nawet twórcy donosów i środowiskowych opinii, które znalazłem w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Niejaki Józef Mędrzycki pisał:

Ob. Pniewski Bogdan jest bardzo zdolnym człowiekiem, posiadającym wielki talent architektoniczny. Ma bardzo duże wiadomości z dziedziny historii architektury, a szczególnie z dziedziny renesansu włoskiego i polskiego. Dlatego winien być jak najbardziej wykorzystany przez pełne zatrudnienie go jako profesora.

Z materiałów zgromadzonych przez Urząd Bezpieczeństwa wyłania się obraz człowieka tyleż kłopotliwego, ile nietykalnego. „Związany z grupą najbardziej reakcyjnych profesorów na wydziale architektury [...], nastawiony oportunistycznie” – pisano. Próbowano coś zrobić z faktem, że pod koniec wojny Pniewski utrzymywał w Kielcach intensywne kontakty z oskarżonym teraz o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych biskupem Czesławem Kaczmarkiem. Bezskutecznie. Nie szkodziła też Pniewskiemu nonszalancja, z jaką traktował swoje obowiązki na Wydziale Architektury i panującą tam atmosferę ideową. Wincenty Szober donosił, że profesor „prawdopodobnie na skutek osobistych nieporozumień usunął 
się faktycznie na dłuższy czas od pracy pedagogicznej, pozostawiając sobie etat profesora, a prowadzenie katedry zlecając adiunktowi [Zbigniewowi] Karpińskiemu”. Józef Mędrzycki, informował natomiast: „Na zapytanie kiedyś, dlaczego nie prowadzi pracy pedagogicznej, wyraził ubolewanie nad ogólnym obniżeniem poziomu ideologicznego i stwierdził, że w tych warunkach jego czas i poziom fachowy są zbyt cenne, aby mógł je marnotrawić w katedrze”.

Być może tak jak wielu innych wziętych architektów – w gruncie rzeczy wolał projektować i budować, a uczelnia była mu potrzebna dla prestiżu i po to, by nie tracić kontaktu ze zdolną młodzieżą. Po co użerać się ze zbiurokratyzowaną i zideologizowaną instytucją, skoro na warsztacie Sejm, opera, bank, radio, archiwa, ministerstwa? To dzięki budowlom przechodzi się do historii, a nie dzięki dobrze poprowadzonym zajęciom.

Co gorsza, wielki architekt deprawował ideologicznie studentów. Jak donosił Szober, „przy katedrze powstało Koło Naukowe”, dla którego Pniewski „zorganizował u siebie w domu coś w rodzaju wykładów czy referatów, zresztą̨
w b. popularnej formie”. Możliwe, że donosiciel nie miał ścisłych informa
cji, ponieważ uczestnik tych „kompletów” Andrzej Fajans wspominał spotkania odbywające się nie w domu Pniewskiego, lecz na uczelni, w sali 126, którą załatwił na te cele profesor.

Sprowadzaliśmy potajemnie „Architectural Design”, czytaliśmy „L’Architecture d’Aujourd’hui”, wyśmiewaliśmy Problemy dziedzictwa Goldzamta, pasjonowaliśmy się teoriami Naum Gabo, podziwialiśmy Brancusiego, opłakiwaliśmy rozstrzelanie rosyjskiej awangardy architektonicznej i studiowaliśmy z zachwytem powstające dzieła Miesa van der Rohe, Gordona Bunshafta, Oskara Niemeyera i Corbusiera – wspominał Fajans i dodawał: „Gdyby nie Bohdan Pniewski, który miał odwagę nas przygarnąć, pewnie by nas z uczelni wylano”.

Interesujące, że chociaż sam profesor nie fascynował się chyba Bunshaft
em i Niemeyerem, to sprzyjał poszukiwaniom studentów. Tak jak przed wojną w pracowni czy w ASP tworzył wokół siebie dwór młodych zdolnych, zachowując jednocześnie wyniosłą, autonomiczną pozycję wobec reszty środowiska, jakby dając do zrozumienia, że startuje w wyższej lidze.

„Uważa siebie za jedynego człowieka znającego architekturę, i w obecnej chwili niezastąpionego” – donosił Józef Mędrzycki i dodawał, że w postawie profesora widać „pełną ignorancję realizmu socjalistycznego. Człowiek ten nie zna marksizmu‐leninizmu i wydaje się, że lekceważy tą naukę”. Wyobrażam sobie, że gdyby profesor przeczytał to ostatnie zdanie, zaniósłby się swoim tubalnym, sarmackim śmiechem.

Podobnie skwitowałby pewnie opinię, że nie zdaje sobie dokładnie sprawy, że 
w tej chwili społeczeństwo jest zleceniodawcą i że powinien się dostosować oraz kierować w pracy swojej w/g postula
tów wysuwanych przez to społeczeństwo. W tych wypadkach prof. Pniewski uważa, że zleceniodawcą jest znowu jakiś minister czy inny wpływowy człowiek, u którego należy szukać protekcji i towarzyskich stosunków, które dadzą mu lepsze zlecenie.

Czy blisko przyjaźnił się z osoba mi z wyżyn władzy? W jednej z ubeckich notatek można znaleźć́ uwagę, że

„prof. Pniewski jest wybitnym fachowcem
i jednym z Gł. projektantów budowy W‐wy, ma kontakty z tego tytułu w K.C.P.Z.P.R.
i przedstawicielami Rządu P.R.L.”. „Kontakty” to jeszcze żadna zażyłość, ale sam Pniewski nie tracił okazji, by zasugerować, że darzy odwzajemnioną sympatią i szacunkiem najważniejsze osoby
 w państwie: „Muszę stwierdzić, że z rzeczową i prawdziwą krytyką spotkałem się dopiero na najwyższym szczeblu naszej organizacji państwowej. Była to krytyka twórcza i wyraźnie zapładniająca. Przeżyłem wtedy chwilę radości, czułem opiekę 
i surową troskę o sprawę ogólną” – mówił w 1953 roku.⁠ 

Sadzę, że tym właśnie wygrywał, że nie wierzył w socrealistyczny frazes
o tym, że architekt pracuje teraz na zamówienie społeczne. Ważniejsze było to, że zaufał mu minister komunikacji, że przyjaźnił się od co najmniej trzech dekad
z Jerzym Grabowskim – ówczesnym sekretarzem Naczelnej Rady Odbudowy Warszawy, że cenił go sam Bierut. Jako doświadczony architekt władzy rozumiał, iż zamawiającym jest wciąż „jakiś minister czy inny wpływowy człowiek”, a nie abstrakcyjne społeczeństwo, i wszystko zależy od tego, czy uda się przekonać, oczarować, ograć konkretną osobę.

Tekst pochodzi z „Herito" nr 37-38. Więcej o nowym numerze: http://bit.ly/socrealizm_magiczny